|
Michał Cessanis
"Nowe Życie Pabianic" 2001
WOJNA I POKÓJ
Schrony są nieczynne, brakuje masek przeciwgazowych i noszy. Nawalają
instalacje hydrauliczne i ciągi wentylacyjne. Nie ma szans na ucieczkę
przed śmiercią...
W czasie
pokoju
Najgorzej jest w wieżowcach na Bugaju. Nie ma szans, żeby w uliczkę
osiedlową przy jedenastopiętrowcu na ul. Brackiej 63/65 wjechał bez problemu
wóz strażacki.
Prywatne samochody blokują swobodny przejazd. Auta stoją wszędzie, ponieważ
nie mieszczą się na parkingu. Są przy wejściach do klatek schodowych, na
chodnikach i trawnikach. Zwrócenie uwagi kierowcom nie pomaga, kończy się
za to awanturą.
Kiedyś przy wjazdach w uliczki stały znaki zakazu postoju. W wielu miejscach
już ich nie ma. Zostały skradzione i to, jak mówią policjanci, ukradli
je właściciele aut. Byle tylko mieć samochód pod oknem i spoglądać, czy
nie dobiera się do niego złodziej.
Statystyki podają, że najbardziej boimy się kradzieży. Nie dociera do
nas myśl, że pożar jest możliwy i w naszym mieszkaniu. Wydarzenia w Ameryce
pokazują, że dzisiaj może zdarzyć się wszystko.
Scenariusz
I
Jest godzina 17.00. Na jednym z wyższych pięter wieżowca na Bugaju wybucha
groźny pożar. Ogień rozprzestrzenia się szybko. Lokatorzy dwóch mieszkań
mają odciętą drogę ewakuacji. Można ich jedynie ściągnąć drabiną. Drabina
pabianickich strażaków sięga ósmego piętra. Ale tylko wówczas, gdy wóz
bojowy może podjechać blisko budynku.
Gdyby duży pożar wybuchł przy Brackiej, samochód z drabiną nie podjechałby
pod zatarasowany budynek. Oddalona drabina sięgnęłaby może szóstego piętra.
Scenariusz tragiczny, ale możliwy.
Jesteśmy mądrzy dopiero po szkodzie. Gdyby doszło do tragedii i w płomieniach
zginęliby ludzie, do których nie mogli się dostać strażacy, kierowcy wówczas
złapaliby się za głowy i samochody ustawiali gdzie indziej. Jest jeszcze
jeden problem. Samochodów nie ma gdzie ustawiać, bo brakuje parkingów.
I koło się zamyka.
Pułapki
Ciasne uliczki to nie jedyna zmora pabianickich strażaków. Są jeszcze zdewastowane
tzw. suche piony, przez które w czasie pożaru pompowana jest woda na najwyższe
piętra budynków.
Nie tak dawno inspektorzy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej
przeprowadzili kontrole. Tylko w jednym z 28 bloków instalacja przeciwpożarowa
była sprawna (!) W pozostałych brakowało zaworów i nasad pożarowych.
- Mieszkańcy nie interesują się tym, co dzieje się w ich bloku. Jeśli
zauważą, że instalacja jest zdewastowana, powinni natychmiast nas powiadomić
- radzi Jacek Karcz, młodszy inspektor pabianickiej straży.
Zagrożeniem może być zwykła gumowa wycieraczka. Podpalona i rzucona pod
drzwi mieszkania będzie przyczyną pożaru. Droga ewakuacyjna w najgorszym
wypadku wiedzie tylko przez okno.
No właśnie, okno. Właściciele mieszkań pytani o zagrożenia na pierwszym
miejscu stawiają włamania. Dlatego w tylu pabianickich oknach czy balkonach
są zamontowane kraty. Przed złodziejem uchronią, w razie pożaru staną się
dla domowników przeszkodą nie do pokonania.
Lokatorzy pabianickich bloków stare meble, lodówki i dywany potrafią wystawić
na korytarz. W ten sposób blokują drogę ewakuacyjną - to kolejna pułapka.
O tym, co ludzie trzymają w piwnicach, krążą opowieści. Oprócz balonów
z winem są tam napełnione butle gazowe, kanistry z benzyną, nafta i spirytus
z przemytu w plastikowych baniakach. Mieszanka wybuchowa. Bezmyślność i
niezdyscyplinowanie bierze górę.
Najwięcej pożarów strażacy odnotowują w rejonie Starego Miasta, w okolicach
ulicy Moniuszki i na osiedlu "Piaski". Zabudowa jest wiekowa, a kontrole
wykazują brak aktualnych pomiarów instalacji elektrycznej. Niedrożna wentylacja
i nieszczelne kominy to notoryczne uchybienia.
Scenariusz
II
Pabianice godzina 12.00 Ulicą Zamkową jedzie cysterna z chemikaliami.
Dochodzi do zderzenia z tramwajem. Niebezpieczna ciecz wylewa się na jezdnię.
Mieszkańcy pobliskich kamienic zaczynają się dusić, są podtruwani.
To kolejny makabryczny scenariusz.
Kolejny - możliwy, bo w Pabianicach rzadko są sprawdzane samochody przewożące
niebezpieczne materiały. Akcję przeprowadzają raz w miesiącu policjanci
i strażacy.
Chociaż firmy
powinny informować policję o tym, że przez miasto będą przewożone substancje
chemiczne, to tego nie robią.
Różne substancje
szkodliwe dla ludzi gospodarze wylewają na pola. To już rzeczywistość,
a nie scenariusz. Gdyby trujące związki dostały się do pabianickiej wody,
ofiar byłoby bardzo dużo...
- To niemożliwe. Nasze studnie są bardzo dobrze chronione systemami
elektronicznymi. Każda próba dostania się do nich uruchamia alarm. Zabezpieczeń
jest kilka. Systemy wodociągowe są bezpieczne - informuje stanowczo
Andrzej Różański, szef wydziału wodociągów i kanalizacji ZGKiM.
W czasie
wojny
Jakikolwiek atak biologiczny lub chemiczny dla wielu pabianiczan zakończyłby
się tragicznie.
Z danych uzyskanych w Miejskim Inspektoracie Obrony Cywilnej wynika, że
w magazynach mamy tylko 10 tysięcy masek przeciwgazowych(!). Najstarsze
zostały wyprodukowane 25 lat temu, ich stan nie jest najlepszy. Na doposażenie
brakuje jednak pieniędzy. Maskę w razie zagrożenia dostałby co ósmy mieszkaniec.
W pierwszej kolejności gumowe ochraniacze trafią się prezydentowi i staroście
oraz ich współpracownikom. Tak stanowią przepisy.
- Miasto w razie zagrożenia musi jakoś funkcjonować - tłumaczy
takie zarządzenie Jerzy Kunach, szef Miejskiego Inspektoratu Obrony Cywilnej.
W rozmowie podkreślał, że sprzętu brakuje w całym kraju. Kiedyś miejskie
inspektoraty zgłaszały zapotrzebowanie na maski, gumowe kombinezony, menażki
czy termosy u wojewody. Teraz nie ma na nic pieniędzy. W Pabianicach na
tak wielu mieszkańców są 182 pary noszy.
Gdzie pieprz
rośnie
Pabianiczanie nie mieliby możliwości przeczekania ewentualnego nalotu
czy klęski w schronach.
Otóż w takich budowlach zmieści się dokładnie 3372 mieszkańców. A co z
resztą? Wychodzi na to, że trzeba uciekać, gdzie pieprz rośnie. Żelbetonowe
budowle powstały w latach pięćdziesiątych. Nikt o nie nie dba.
- Trudno, żebyśmy ładowali pieniądze w coś, co nie jest używane
- mówi jeden z pracowników ZGKiM, który chce pozostać anonimowy. - Są
ważniejsze bieżące potrzeby...
Schrony w Pabianicach są wynajmowane. Jeden mają harcerze, w innym była
kiedyś siłownia. Na rozkaz w ciągu 48 godzin budowle muszą być opuszczone,
by służyły garstce ludzi.
*
* *
Rzadko myślami wybiegamy w przyszłość. Mamy tyle różnych codziennych
spraw na głowie, że zapominamy, jak się nazywamy. Praca i dom, dom i praca.
Trudno żeby żyć w ciągłym strachu, a w szafce trzymać gaśnicę i maskę przeciwgazową.
Czasami jednak warto zadać sobie pytanie: "co by było, gdyby...?".
Michał
Cessanis
|