|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2003
Bezprawie tolerowane przez miasto...
ŚMIERDZĄCA STREFA
Budowany przez kilka lat kolektor przyłączający Pabianice do Grupowej
Oczyszczalni Ścieków w Łodzi odprowadza do niej dziennie średnio 23.500
metrów sześciennych płynnych odpadów.
Ta jedna z prestiżowych inwestycji miejskich, określana dziś przez fachowców
mianem milowego kroku w ochronie środowiska, miała uchronić Dobrzynkę przed
degradacją. Niestety, zdołała jedynie ograniczyć jej zanieczyszczanie.
Do rzeki wciąż wpadają nieczystości. Teraz już tylko te nielegalne.
Trudno dojść, jak wielka jest w Pabianicach tak zwana szara strefa ściekowa.
Ilu mieszkańców nielegalnie wylewa nieczystości? Ilu ma źle zamontowaną
kanalizację lub nie ma jej wcale? Na te pytania nikt nie jest w stanie
odpowiedzieć.
Furtka
dla kasjera
Budowa kolektora uchroniła miasto przed spłatą astronomicznych kar finansowych
za zanieczyszczanie Dobrzynki. Wojewódzki inspektor ochrony środowiska
"wycenił" Pabianice na 7 milionów 382 tysiące 377 złotych. Taka kwota uzbierała
się przez pięć lat, czyli przez okres, w którym trwała budowa. Miasto nie
zapłaciło jednak kar, gdyż najpierw ich spłatę zawieszono ze względu na
rozpoczęcie ekologicznej inwestycji, a po jej zakończeniu umorzono. Kolektor
był więc znakomitą furtką, by uniknąć uszczuplenia i tak lichej kasy miasta.
Niestety, nie był furtką dla mieszkańców, którym podniesiono opłaty za
wodę i ścieki.
Dobowy limit nieczystości, jakie mogą popłynąć do Łodzi, wynosi 27 tysięcy
metrów sześciennych. W styczniu, kiedy trwał rozruch kolektora, wartość
tę Pabianice przekroczyły kilkakrotnie. Najgorzej było 15 stycznia, gdy
w ciągu dnia do kanalizacji wpadło aż 91 tysięcy metrów sześciennych ścieków.
Pracownicy wodociągów tłumaczą to jednak pogodą - tego dnia zaczął topnieć
śnieg, który także spłynął do kanałów. Ilość odprowadzanych ścieków maleje
na przykład w soboty i niedziele, a w ciągu tygodnia najmniej nieczystości
mieszkańcy produkują od piątej do siódmej rano.
Chociaż miasto ma kolektor, wiele domów komunalnych, ale także tych prywatnych,
wciąż nie ma kanalizacji. Na kilku ulicach, także tych w centrum, pomyje
wylewane są wprost na ulicę lub do ogródka czy na pole sąsiada.
Bezradność
i cwaniactwo
To, co dzieje się na ulicy Jutrzkowickiej, świadczy o całkowitej bezradności
urzędników, ale jednocześnie o cwaniactwie i niefrasobliwości mieszkańców.
W latach sześćdziesiątych na Jutrzkowickiej wybudowano betonowy kanał.
Niestety, nikt nie wie, kto go wtedy wykopał i do kogo należy. Oficjalnie
nie ma go też na żadnych urzędowych planach. W papierach nie istnieje.
Ten fakt idealnie wykorzystali właściciele okolicznych posesji, którzy
zamiast bawić się w budowanie kanalizacji, jak jeden mąż podłączyli się
do biegnącej do rzeki Pabianki niczyjej rury. Od lat kanałem przez pole
płyną więc odchody i pomyje. Z Pabianki wpadają do Dobrzynki i płyną dalej.
Trudno oszacować, ile posesji korzysta z nielegalnego odpływu. W każdym
razie mówi się o kilkudziesięciu gospodarstwach. Z kanału korzystają nawet
ci mieszkańcy, którzy wybudowali szamba. W ten sposób oszczędzają na ich
opróżnianiu. Niektórzy mają tupet, bo ów kanał wykazują w swoich prywatnych
planach, chociaż korzystają z niego nielegalnie.
Na Jutrzkowickiej są też tacy, którzy od lat walczą o likwidację kanału.
Dlaczego? A kto by chciał, żeby przez jego pole płynęły ścieki, które mogą
wylać i zanieczyścić grunt? Tym bardziej, gdy owo pole to działka budowlana.
Nie mówiąc już o smrodzie, jaki odczuwa się zwłaszcza latem. Właściciele
zanieczyszczanego terenu, do których należy także położona kilkadziesiąt
metrów dalej restauracja "Paloma", zastanawiają się nawet nad zaskarżeniem
miasta do sądu o odszkodowanie. Chociaż wysyłali już wiele pism z prośbą
o likwidację kanału, nigdy nie otrzymali pozytywnej opinii. Myśleli już
nawet o zabetonowaniu rowu, jednak wtedy brudy wybiłyby na Jutrzkowicką.
O szkodliwości rowu przekonali się sąsiedzi "Palomy", którym pewnego dnia
odchody podtopiły ogród. Zadecydował przypadek, gdyż właściciel terenu
przy ulicy Świetlickiego, który buduje stację benzynową, przysypał rów
piachem. Skąd miał wiedzieć, że płyną nim ścieki? Przecież nie figuruje
w żadnym spisie...
Nie pomagają też, niestety, kontrole Straży Miejskiej i pracowników wydziału
eksploatacji miasta i rolnictwa, którzy właścicielom nielegalnych przyłączy
wystawiają mandaty z nakazami ich likwidacji.
- Od mieszkańców zbieramy też oświadczenia, w których wpisują, czy mają
nielegalne przyłącze. Nie chcemy ich karać, lecz zobowiązać do budowy szamb,
żeby odłączyli się od kanału burzowego - tłumaczy Aneta Gabryelska z
wydziału eksploatacji miasta i rolnictwa.
Mieszkańcy jednak nie dają za wygraną. Uważają, że nie powinni płacić kar.
Skoro mamy zostać ukarani - powtarzają - to tak samo ukarany powinien zostać
Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej zarządzający domami komunalnymi,
które też nie mają kanalizacji, a ich lokatorzy wylewają ścieki, gdzie
się da.
Zaniedbania
władz
Mienie komunalne, od lat dewastowane, nigdy nie mogło doczekać się kompleksowych
remontów i konkretnych inwestycji. W budżecie miasta co roku obcina się
kwoty przeznaczone na te cele. Przez takie działanie władz i wieloletnie
zaniedbania trudno dziś marzyć o tym, by kamienice, chociażby te na Starym
Mieście, przekształciły się w luksusowe domy z węzłem sanitarnym. Chyba
że trafią w prywatne bogate ręce. Nie lepiej jest z drewniakami. W tych
już dawno nikt nie powinien mieszkać. Więc co tu myśleć o zakładaniu kanalizacji.
Wylewane przez mieszkańców ścieki na ulicy Brackiej, Żytniej, Kopernika,
a także w rejonie Karolewa i stadionu PTC, wpadają w kanały deszczowe mające
ujście w Dobrzynce.
W mieście nieskanalizowanych domów komunalnych jest zbyt dużo. Bez wody
pozostaje wciąż 1456 mieszkań (195 budynków). Jednym z przykładów jest
ulica Armii Krajowej. Prawie wszystkie budynki mają instalację wodną, którą
zakładano na własny koszt. Mieszkańcy wspominają wybory, kiedy to kandydaci
na radnych obiecywali im raj na ziemi. No i doczekali się, tyle że nie
kanalizacji, a pisma, w którym ZGKiM informuje ich o odłączeniu wody.
- Mamy urządzone łazienki, podłączone pralnice. Nie możemy zgodzić się
na odcięcie wody - mówią.
Jeśli w kranach zrobi się sucho, będą musieli chodzić po wodę do hydrantu
przy ulicy Lutomierskiej. Powtarzają, że czekają na radykalne rozwiązanie
- położenie kanalizacji. Chcą partycypować w kosztach.
- Mieszkamy w centrum osiemdziesięciotysięcznego miasta. W centrum Europy,
gdzie Pabianice są zaściankiem...
Również na ulicy Powstańców Warszawy mieszkańcy wylewają nieczystości na
jezdnię. Nawet zrobili sobie specjalną instalację z odprowadzeniami, tak
by nie chodzić po schodach z pełnymi wiadrami. Pokazali, jak bezradny jest
ROM i ZGKiM. Pomimo upomnień i nakazów rozbiórki instalacji, nie przejęli
się tym. Uważają, że skoro miasto nie potrafiło założyć im kanalizacji,
oni nie będą respektowali żadnych decyzji. Też chcą jakoś żyć.
Potrzeba
milionów
Skomplikowana sytuacja jest na Zatorzu. Za torami jest najwięcej posesji,
których właściciele, zarówno ścieki, jak i wody opadowe, wpuszczają w jedną
rurę, która dochodzi do kolektora. Zawyżają w ten sposób ilość produkowanych
w mieście ścieków. Powinni mieć oddzielną kanalizację sanitarną i deszczową.
Jednak wykonanie podwójnych przyłączeń kosztowałoby ich zbyt wiele, więc
poszli na łatwiznę.
- To jest wielkie bezprawie tolerowane przez miasto - oświadcza Adam
Wielechowicz, szef Straży Miejskiej. - Licznik bije na naszą niekorzyść.
Próbujemy walczyć z tą szarą strefą, ale wszystko trzeba zakończyć jedną
konkretną decyzją.
W ubiegłym roku pracownicy wodociągów wielokrotnie robili naloty na posesje
przy ulicy Wiśniowej, Oliwkowej, Cyprysowej i wielu innych. Jednak przyznają,
że nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Twierdzą, że za mało mają kontrolerów
i nie wykrywają wszystkich nieprawidłowości. Latem ubiegłego roku kontrole
w ogóle zawieszono, bo pracownicy korzystali z urlopów. A ścieki sobie
płynęły...
* * *
Realizowany program porządkowania gospodarki ściekowej kuleje. Na dokończenie
wielu inwestycji brakuje funduszy i taki stan utrzyma się jeszcze przez
najbliższe lata. Na doprowadzenie Pabianic do ładu potrzeba wielu milionów.
Kolektor, jak się okazuje, to tylko kropla w morzu potrzeb, a wydano na
niego 37 milionów złotych.
M.
Cessanis
|