POWRÓT
Michał Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2003


SZABER W "BAWEŁNIE"

  Alarm podnieśli pracownicy "Pamoteksu". Do zakładu wjechały prywatne samochody i wywiozły kilka maszyn. Nikt na portierni ich nie sprawdził. A działo się to pod osłoną nocy, w walentynki.
   Było po godzinie osiemnastej, gdy ktoś z załogi zadzwonił do szefowej związku zawodowego. Poinformował, że nieznani ludzie pakują do samochodów overlocki i wywożą z terenu przy Grota Roweckiego. Kiedy Wanda Kowalczyk dotarła na miejsce, maszyn już nie było. Przyjechał szef zakładowej "Solidarności" i jego zastępca.
   - To wygląda na zwykłą kradzież. Na portierni nie ma żadnych dokumentów wskazujących, kto przyjechał po te maszyny - denerwował się Krzysztof Górny, wiceprzewodniczący komisji zakładowej NSZZ "Solidarność". - Będziemy musieli zrobić dyżury społeczne i pilnować tego, co jeszcze zostało.
   Portierzy tłumaczyli, że zezwolenie na wpuszczenie aut dostali od kierownika ochrony. Sami nie potrafili wyjaśnić, dlaczego w książce wjazdów i wyjazdów nie ma wpisu o maszynach. Zupełnie nie rozumieli, o co chodzi. Związkowcy wezwali policję.
   Przybyli funkcjonariusze także mieli problem z ustaleniem, kto zabrał overlocki. Pracownicy z portierni nie chcieli podać nazwisk, kazali dzwonić do przełożonego. Kiedy skontaktowali się z szefem ochrony, Jerzym Miłowskim, ten powiedział, że życzy sobie, aby ktoś po niego przyjechał. Zebrani nie kryli oburzenia. Ryszard Jarmakowski, szef NSZZ "S", pojechał po Miłowskiego, bo chciał wreszcie wyjaśnić sprawę.
   Kiedy Miłowski przyjechał, tłumaczył policjantom, że ci, którzy zabrali maszyny, nie musieli w portierni zostawić kopii dokumentów wywozowych.
   - Wystarczyło, że je pokazali portierowi - mówił Miłowski. Jednak po wymianie zdań ze związkowcami, zaczął szukać wpisu w książce. Bezskutecznie.
   Jedna z pracownic opowiadała, że widziała też naszykowane do wywiezienia komputery. Wspominała, że w ubiegłym roku gdzieś się zapodziało kilka krosien i samochód. Przypomina to powojenny szaber, gdy przywłaszczano sobie fabryczne rzeczy, zwłaszcza poniemieckie.
   - Biorą, co chcą. A kto im teraz coś zrobi? Z zakładu różne rzeczy wyjeżdżały, jak chociażby antyki - mówi pracownica, prosząc o zachowanie anonimowości.
Przesłuchanie Jerzego Miłowskiego zakończyło się w komendzie przy Żeromskiego. Twierdzi, że maszyny nie były własnością "Pamoteksu".
   - To było totalne nieporozumienie — stwierdził we wczorajszej rozmowie z "NŻP". - Trzy maszyny należały do prywatnej spółki.
   Dla pracowników sprawa jest jednak podejrzana. Skoro wszystko było w porządku, to dlaczego po maszyny nie przyjechano w dzień - zastanawiają się.
   Prezes "Pamoteksu" nie miał wczoraj czasu, by porozmawiać z nami na temat piątkowego incydentu.

M. Cessanis