|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2003
MAFIA PANA WŁADKA
W
domu spokojnej starości przy ulicy Łaskiej atmosfera jest bardzo napięta.
Chociaż na pierwszy rzut oka nic się takiego nie dzieje, pensjonariusze
są zastraszeni i sterroryzowani. Podzielili się na dwa walczące obozy.
Opozycja ma wiele zastrzeżeń do dyrekcji i pracowników. Samorząd mieszkańców
jest zdruzgotany donosami i pomówieniami. Dyrekcja postanowiła twardo zaprowadzić
porządek.
Siedzimy w pokoiku na trzecim piętrze. To właśnie w nim mieszka pan Władysław.
Na spotkanie przychodzi też pani Ela. Władek przygotował listę zarzutów.
Punktów jest sporo. Przy czytaniu niektórych włosy stają dęba. Opozycja
składa się z Elżbiety i Władysława.
Sprawa
sprzątania pokoi
i środków
czystości
Pan Władek mówi, że pokoje powinny być sprzątane dwa razy w tygodniu, lecz
pokojowa nie pokazała się u niego od dwóch tygodni. Uważa, że "cify" czy
"ajaksy" powinny być przydzielane na pokój. Wtedy ludzie wiedzieliby, ile
się tego wszystkiego zużywa. Raz poszło o płyn do zmywania naczyń.
- Mówi się, że co trzy miesiące powinniśmy dostawać ludwika. Zdarzyło się,
że na płyn czekałem dłużej. Chociaż mieszkam tu od trzech lat, dopiero
teraz pierwszy raz zabrali mi do prania narzutę na łóżko. Szaf nie posprzątali
od remontu - narzeka.
Sprawa
gotowanych na twardo jaj nie do zjedzenia
i kładzenia
chleba na blacie stołu
- Jajecznicy dostajemy łyżkę. Do dzisiaj nie wiem, z ilu ona jest jajek
- opowiada pan Władek. - A jak była kasza z gulaszem, to dostaliśmy dużo
sosu i dwa kawałki mięsa wielkości paznokcia. W zalewajce też trudno wyłowić
kawałek kiełbasy.
Z chlebem też jest sprawa, bo nie zawsze podawany na talerzu. Czasami pokojowe
położą po kawałku na kubkach z herbatą albo ordynarnie na blacie stołu.
Do tego jest masło twarde jak kamień.
- Ostatnio jadłam osobno masło i chleb, bo nie dało się rozsmarować - mówi
Elżbieta. - Ale jak prosimy, żeby wcześniej wystawiali masło, żeby zmiękło,
to nikt nie reaguje.
Jeszcze lepszy numer jest z jajkami. Zawsze, i to bez wyjątku, gotowane
są na twardo. Aż żółtka robią się sine. A były głosy, żeby jaja gotować
na miękko.
Sprawa
Wikty, bluzgania na pensjonariuszy,
spania
na świetlicy i picia herbaty z dzbanka
Wiktoria to już kultowa postać pabianickiego Domu Pomocy Społecznej. Tę
starszą panią zna większość pabianiczan. To właśnie ona godzinami przesiaduje
w sklepach i chodzi po mieście z kilkoma reklamówkami pełnymi zebranych
śmieci. Nie jest groźna, ale współdomowników denerwuje.
- Na wszystko jej się pozwala. Śpi w świetlicy, a nie w pokoju, obrzuca
nas bluźnierstwami i się nie myje. I tak dobrze, że pielęgniarki od czasu
do czasu ją wyszorują. Jak były wybory prezydenta, to siedziała z zadartą
spódnicą. Jak tak można! - psioczy Elżbieta.
Kiedy Wikta śpi w świetlicy, sąsiedzi nie mogą obejrzeć telewizji, bo zaraz
wszystkich ustawia i każe ściszyć telewizor.
- Wchodzi sobie do kuchni, kiedy chce. Pije herbatę z dzbanka. No jak tak
może być?! - denerwuje się opozycja.
Sprawa
herbaty na stołówce
i twardych
jabłek
Herbaty nie wolno wynosić z jadalni - twierdzi pan Władek. O to też było
kilka spięć. Pan Władek zażywa dużo leków, których nie zabiera na stołówkę.
- Kiedyś przy obiedzie można było poprosić o kolację w prowiancie i zjeść
ją w pokoju. Do tego przysługiwała przydzielana co miesiąc sucha herbata
i pół kilograma cukru. Już tak nie ma.
Pani Ela opowiada o jabłkach: - Ja mam dietę, a jabłko na deser zawsze
dostawałam surowe. Nie mogłam go jeść, dopiero po wielu prośbach doczekałam
się pieczonego. Ale było z jednej strony przypalone, a z drugiej twarde.
Kiedy poszłam do kuchni poprosić o wymianę, usłyszałam, że jabłek już nie
ma. A po godzinie widziałam, jak salowa niosła cztery pięknie wypieczone
jabłka do służbowego pokoju.
Opozycyjną parę denerwuje też, że pokojowe w tych samych fartuchach sprzątają
i podają posiłki.
Sprawa
śniadania przy kolacji.
Jeśli
ty chcesz, to nie wolno
- A dlaczego kucharki nie pracują w czepkach? Już trzy razy miałam włosy
w zupie - denerwuje się Elżbieta. - Tutaj ludzie boją się odzywać. Są otumanieni.
Opozycja twierdzi, że jeszcze nigdy nie było spotkania z dietetyczką, która,
według nich, powinna pytać o jakość posiłków i je urozmaicać. "A ona wchodzi
tylko do biura i wychodzi" - powtarzają.
Władek jeszcze pracuje. Jest strażnikiem w zakładzie pracy chronionej.
Na służbę wychodzi o piątej rano. Tyle razy prosił, aby śniadanie dawać
mu w prowiancie przy kolacji.
- Usłyszałem, że jak mnie nie ma na posiłku, to on mi się nie należy. A
ja dziewięćset złotych tutaj płacę. Skandal! - oburza się.
Sprawa
gazet i podbierania ich
przez
Stefę i Wiktę
Codziennie pensjonariusze otrzymują prasę: "Gazetę Wyborczą", "Dziennik
Łódzki", "Superexpress" i "Przegląd Sportowy". Najczęściej jest jednak
tak, że gazety znikają nie wiadomo gdzie.
- Kiedyś prasę rozdzielało biuro. Czasami jest tak, że do czytania gazety
ustawiają się kolejki, bo jest jedna. Musimy dzielić się pokojami. A w
sobotę brakuje "Wysokich Obcasów" - mówi Elżbieta. - Wikta często je bierze,
drze i wrzuca za fotel. Kiedyś znalazłam strzępy...
Oprócz gazet giną też różne do nich dodatki. Zanim gazeta dojdzie do pokoju
Eli, jest już wybrakowana.
Sprawa
pomówień, zapałki i beczki prochu
W domu przy Łaskiej sytuacja zrobiła się nie do zniesienia. Najgorzej jest
po południu, kiedy już nie ma pracowników, a porządku pilnuje jeden ochroniarz.
Wtedy Władek zaczyna szaleć.
Ten 60-latek wprowadził się tutaj trzy lata temu. Złożył wszystkie potrzebne
dokumenty, miał drugą grupę inwalidzką. Zdrowie szybko mu się jednak poprawiło,
do dzisiaj pracuje na pełnym etacie w firmie ochroniarskiej. Porządku pilnuje
w jednej z łódzkich firm. Raz jeździ na dzień, a raz na noc. Chociaż zarabia,
jego zaległości w opłatach za miejsce w DPS-ie sięgają trzech tysięcy złotych.
Na uwagi dyrekcji reaguje stekiem wyzwisk i pomówień. Mieszkańcy się go
boją, zapanowała psychoza strachu.
Samorząd domu, składający się z mieszkańców wybranych w tajnym głosowaniu,
nie może uwierzyć w to, co opowiada Władek. Wiedzą, że przy kilkudziesięcioosobowej
grupie trudno znaleźć złoty środek i sprawić, by wszystkim żyło się dobrze.
- Ale w domu źle się żyje tylko Władkowi i Elżbiecie - mówią panie z samorządu.
Dementują też wszystkie plotki, jakie na temat jedzenia, sprzątania i obsługi
rozsiewa ten mężczyzna.
Wiadomo, że kuchnia gotuje inaczej niż w prywatnym domu. Jednak co dziesięć
dni są spotkania z dietetykiem, z którym wspólnie ustala się jadłospis.
- Tak krawiec kraje, jak materii staje - powtarza Walentyna z samorządu.
- A ci, co tak narzekają, to potrafią zjeść po dwie porcje.
Pani Stefania: - Pokoje są sprzątane nawet trzy razy w tygodniu, a pościel
zmieniana dwa razy w tygodniu. Zawsze jest papier toaletowy, mydło i proszek.
Z ludwikiem też nikt nie miał problemów.
W samorządzie działają pensjonariuszki, które w domu są od kilku ładnych
lat. Na przykład pani Walentyna mieszka tu od dwunastu wiosen. Wspomina,
że kiedyś było gorzej niż teraz.
- Pan Władysław mówi dużo nieprawdy, a pani Ela mu wtóruje. Ale wszędzie
znajdzie się taka czarna owca. Jak to się mówi, wystarczy zapałka i beczka
prochu, żeby doszło do wybuchu - dodaje Walentyna.
Sprawa
mafii i okupacji telewizora
W porównaniu z wieloma mieszkańcami, steranymi życiem, zmęczonymi przeszłością,
pan Władysław to młody chłopak. Nie przebiera w słowach i jest bardzo niekulturalny
- uważa starszyzna.
- Stworzył taką małą mafię. Najchętniej by okupowali salę telewizyjną.
Chcieliby rządzić telewizorem -wtrąca pani Danuta, również należąca do
samorządu. - Tak narzekają, ale nie potrafią podać żadnych propozycji,
by coś zmienić. Ja się ich boję.
Choroby, kłopoty z pamięcią, stres. Z tym teraz zmagają się podopieczni
domu spokojnej starości. Spokoju nie mają. Nie ma go też dyrekcja DPS-u,
której się obrywa od zbuntowanej pary. Władysław i Elżbieta głośno potrafią
mówić tylko w pokojach i na korytarzach. Na ogólne zebrania mieszkańców
albo nie przychodzą, albo przychodzą i się nie odzywają.
Sprawa
prostytutek i macania pokojowych
Konflikt tak przybrał na sile, że włączyła się w niego dyrektor Maria Chmielewska.
Pierwszy raz, odkąd pełni kierowniczą funkcję, musiała podjąć tak radykalne
kroki. 13 stycznia tego roku wystąpiła do Starostwa Powiatowego z pisemną
prośbą o rozważenie zasadności umieszczenia pana Władysława w Domu Pomocy
Społecznej, a do komornika o zajęcie wypłaty podopiecznego, bo tylko tak
pokryje jego zadłużenie.
- Ten człowiek nie powinien tu w tej chwili mieszkać. Jest zdrowy. Potrafi
się upić i sprowadzić sobie prostytutkę, zalega z opłatami - opowiada zdenerwowana
Chmielewska. - Mówię o tym, bo chcę, żeby wreszcie podatnicy zobaczyli,
kogo dofinansowują.
Władysław nie ma szacunku dla nikogo. Pewnego dnia w windzie zaczął obłapywć
pokojową i wsadził jej rękę tam, gdzie nie powinien. Sąsiadom z innych
pokoi opowiada, że po południu może sprowadzić panienki.
- Jego sposób zachowania, chamstwo i wulgarność są nie do przyjęcia - twierdzi
dyrektor domu. - W tej chwili nie spełnia warunków pobytu. Nie przypuszczałam,
że kiedykolwiek będę musiała podjąć tak ostre kroki.
Według dyrekcji i pracowników, pensjonariusz manipuluje zdrowiem i spokojem
mieszkańców. Dręczy ludzi bezbronnych, chorych, doprowadzonych do rozstroju
nerwowego.
- Żaden jego zarzut nie jest się w stanie obronić - kończy Maria Chmielewska.
M.
Cessanis
|