|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2003
Łapanka po pogrzebie
W jednym z mieszkań na trzecim piętrze bloku przy ulicy Dąbrowskiego psy
ujadały dniami i nocami. Nie miał ich kto wyprowadzić na dwór i nakarmić.
Załatwiały się w dużym pokoju albo kuchni i z głodu zjadały własne odchody.
Właścicielka dwóch suczek umarła tydzień temu, a w miniony wtorek została
pochowana. Dzień po pogrzebie dzielnicowi drugiego rewiru razem ze strażnikami
miejskimi i pracownikami Pabianickiej Spółdzielni Mieszkaniowej zorganizowali
akcję ratowania zabiedzonych czworonogów. Wcześniej do mieszkania wielokrotnie
pukano i sprawdzano, czy nikogo w nim nie ma.
Grupa zebrała się w samo południe. Kiedy jeden z pracowników wziął się
za przewiercanie zamków, ktoś od środka otworzył drzwi. W wejściu ukazał
się Paweł M., syn zmarłej lokatorki. Nie otwierał, bo nie słyszał pukania.
Taki był pijany.
- On nawet na pogrzeb matki nie przyszedł - mówi jedna z lokatorek.
- Zrobił kolejną pijacką imprezę. Co my z nim tu mamy! Ja go jeszcze
trzeźwego nie widziałam...
Dwupokojowe mieszkanie to melina. Na stole w kuchni stoi "Soplica" i do
popitki "coca-cola", jest też patelnia z zaschniętym tłuszczem i brudna
szklanka. Na podłodze psie odchody. W drzwiach do dużego pokoju nie ma
szyby. Na przybitej metalowej szynie z "żabkami" wisi podarta żółta zasłonka,
a na ścianie dzielącej łazienkę od ubikacji gipsowe popiersie Jezusa. W
stercie poduszek, kołder i mocno nieświeżych koców na rozłożonej kanapie
leży rudawy pies. Wystraszony, nie daje się złapać. Drugi, kudłaty, ze
strachu ucieka pod łóżko. Pod drzwiami balkonowymi kałuża.
Psy trudno złapać, zaczyna się pogoń po mieszkaniu. Czworonogi uciekają
z pokoju do kuchni. Jeden ze strażników zamyka drzwi. Słychać odgłosy walki.
Czworonogi nie dają założyć sobie pętli. Strażnik wciąga więc rękawice
i atakuje jeszcze raz. Tym razem z sukcesem. Suczki trafiają do klatki.
Paweł M. nie rozumie, o co chodzi. Nie ma siły rozmawiać z policjantami
i strażnikami. Przez kilka dobrych minut szuka dowodu osobistego. W mieszkaniu
przebywa nielegalnie, bo nie jest w nim zameldowany. Ma za to trzy inne
adresy pobytu. Ludzie mówią, że do matki często przychodził z narzeczoną,
która lubiła spać na klatce schodowej. Losem psów się nie przejmuje.
- One nie są moje, tylko matki - rzuca od niechcenia. - A ona umarła...
O śmierci Stefanii M. sąsiedzi nawet nie wiedzieli. W ostatniej chwili
usłyszeli o pogrzebie. Mówią, że ostatnio była spokojna, ale jeszcze kilka
lat temu schodziło się do niej wielu gości. Ruch był jak na dworcu kolejowym.
- Przychodzili panowie i, wie pan, robili swoje. Raczej się z nią kontaktu
nie utrzymywało - wspomina sąsiad. - Jej syn był rzadko trzeźwy.
Dobijał nas ten smród z ich mieszkania.
Dwa lata temu Straż Miejska usunęła z mieszkania przy Dąbrowskiego aż dziewięć
psów. Stefania M. też nie wyprowadzała ich na spacery. Syn w niczym jej
nie pomagał. W pobliskim bloku mieszkali rodzice 68-latki, w klatce obok
- brat, który się powiesił. Drugi zapił się na śmierć.
- Wszystkim nisko kłaniała się i na tym się kończyło - mówi inna
sąsiadka.
Mieszkanie, w którym żyła M., jest własnościowe i zadłużone. Teraz przez
kilkanaście miesięcy będą trwały procedury, po których lokal zajmie albo
syn, albo inna oczekująca rodzina. Psy są w schronisku przy Partyzanckiej.
Zostały opatrzone przez lekarza i nakarmione. Pawła M. zatrzymała policja.
Nie wie, gdzie będzie teraz mieszkał. Śmiercią matki zdaje się nie przejmować.
Może gdy wytrzeźwieje...
M.
Cessanis
|