|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2003
KASA Z TACY I PROSTYTUTKA
Noc z czwartku na piątek, jedna z najmroźniejszych od początku zimy.
Policyjny patrol przemierza ulicę Zagajnikową. W pewnej chwili funkcjonariusze
zauważają krzesło ustawione na środku jezdni.
Zdziwieni widokiem mebla, rozglądają się wokół. W przydrożnym rowie leży
mężczyzna. Ma gołe stopy i dłonie, a na sobie tylko kalesony i sweter.
Dyszy. Dochodzi czwarta nad ranem, na termometrze minus osiemnaście stopni.
Tajemniczy osobnik trafia na chirurgię do szpitala. Jest skrajnie wyczerpany.
Trudno nawiązać z nim kontakt.
Trzy orkiestry
z baletnicą
W ciągu dnia 74-letni Tadeusz S. zaczyna dochodzić do siebie. Niestety,
lekarze zapowiadają, że będą musieli amputować mu palce u rąk i nóg. Odmrożenia
są tak głębokie, że może stracić całe dłonie i stopy.
Leży w końcu sali z kilkudniowym zarostem i siniakami na rękach. Na metalowej
szafce przy łóżku obiad: makaron z serem, a na deser jabłko. Z zabandażowanymi
rękoma nie radzi sobie z jedzeniem. Siadam i próbuję pomóc. Tadeusz nie
wie, jak znalazł się na Zagajnikowej. Wcześniej balował u kolegów ze Spółdzielczej.
"Były trzy orkiestry i baletnica" - mówi. Od lat mieszka sam w oficynie
przy Partyzanckiej. Żyje z dnia na dzień. Z nudów pije, z emerytury stawia
też flaszki kolegom.
Mieszają mu się różne historie. Wspomina matkę, która rodziła go w szpitalu
przy Żeromskiego, i sąsiadów z młodości, z którymi uprawiał działkę pracowniczą.
Był robotnikiem w "Pamoteksie" i Tkaninach Technicznych. "Dzisiaj ludzie
są nieuczuciowi" - stwierdza.
Impreza na Spółdzielczej trwała kilka godzin. Wyszedł około drugiej, ale
źle się poczuł i wrócił.
- Zdjąłem spodnie, bo zrobiło mi się słabo. Chwilę żem odpoczął, wziąłem
krzesło i poszedłem do domu...
Krzesło
ze schowkiem
O krześle Tadeusz mówi, że zielone i ze schowkiem na pieniądze. Kilkakrotnie
wspomina o torbie wypchanej pieniędzmi darowanymi z kościoła. Nie wie,
co się z nią stało. Z Zagajnikowej pamięta jakiś barak i kobietę lekkich
obyczajów. Miała przed nim tańczyć, a potem wyrzucić go na śnieg. Zmienia
temat.
- Żona ode mnie odeszła i wyszła za taksiarza. Mieli wypadek i on zginął.
Córkę mam. Mieszka przy Pułaskiego. Jest krawcową, ale się z nią nie zadaję.
Zdany jest tylko na siebie. W oficynie zajmuje pokój z kuchnią. "Mieszkanie
mam eleganckie, w szafie wisi siedem ubrań" - chwali się. Mówi, że na porządne
"balety" już nie chadza, ale lubi prywatki. Takie z muzyką i dobrą wódką.
W ubiegłym roku też był w szpitalu. Wywrócił się na progu domu.
- Samemu źle żyć. Kiedyś, jak sąsiedzi przez kilka dni mnie nie widzieli,
to brali drabinę i zaglądali przez okno. Dzisiaj każdy tylko o sobie myśli.
Ludzie już inni. Nie mam żadnej pomocy...
Tadeuszowi fikcja miesza się z rzeczywistością. W pamięci ma zamęt. Historie,
jakie opowiada, są jakby nierealne.
- Bez rąk i nóg też sobie jakoś poradzę - kończy z optymizmem.
M.
Cessanis
|