POWRÓT
Michał Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2003


DRAMATYCZNY NOWY ROK

   Tegoroczny sylwester na Starym Rynku nie należał do najlepszych. Chociaż przyciągnął sporą grupę pabianiczan, która na świeżym powietrzu postanowiła powitać Nowy Rok, to ogólnie było przygnębiająco. Był zapowiadany występ Trubadurów, jednak ludzie mieli wrażenie, że muzycy (basista i perkusista) śpiewają z playbacku. Poczuli się więc zrobieni w sylwestrowego balona.
   Kiedy o północy na scenie pojawił się prezydent Jan Berner, w jego stronę poleciały wulgaryzmy. Gdy próbował życzeniem podtrzymać ludzi na duchu, zaczęli skandować "pracy, pracy". Niektórym puszczały nerwy i zaczynali płakać. Za sceną schowany był Janusz Tomaszewski z małżonką.
   - Złodzieje! - krzyczał starszy pan trzymający flaszkę wina. Wtórowali mu inni. W tym czasie grupka mężczyzn pijąca przy pomniku Legionisty wyciągała z tui spitą koleżankę, bo sama nie była w stanie podnieść się z ziemi. 
   W kilku miejscach w pobliżu rynku podpici mieszkańcy rwali się do bójek. Niektórzy zasypiali na Zamkowej (np. oparci o parapety okien banku PekaO). Miasto na organizację balu w plenerze wydało 20 tysięcy złotych. Pozostała po nim góra śmieci.

* * *

   Ci, którzy wybrali się na imprezę pod dachem, mieli z pewnością mniej powodów do narzekań. Chociaż nie zawsze odpowiadała orkiestra, organizatorzy rekompensowali to dobrym jedzeniem. W remizie w Górce Pabianickiej bawiło się blisko sto pięćdziesiąt par. Jeszcze o szóstej rano na sali byli goście. Na przykład w "Piemoncie" do tańca przygrywał zespół Hot-Hit, przy stołach gości zabawiało trio akustyczne. W "Orionie" w Bychlewie muzykę puszczał didżej. W większości pabianickich lokali był komplet gości.
   Spokojną noc mieli lekarze pogotowia. W tym roku nie odnotowano przypadków skaleczeń czy poparzeń od petardy, było za to sporo wyjazdów chorobowych. Spokojnego sylwestra mieli policjanci.

M. Cessanis