Express Ilustrowany
Magazyn
22.10.2004

Podziwiają, klną, wrzeszczą, tańczą...

Fanki na stadionie

Na co dzień pracują w bankach, urzędach, studiują albo wychowują dzieci. Są przykładnymi żonami i matkami. Ale kiedy zasiadają na stadionowych trybunach, niejedna zmienia się w diablicę.

Zakochana w łączniku

Maria Bilska, ekonomistka, pracuje w Agencji Rynku Rolnego w Łodzi. Dopinguje łódzkich rugbistów. Jej miłość do napakowanych chłopaków biegających za jajowatą piłką nie kończy się na przychodzeniu na mecze. Na biurku trzyma zdjęcia ulubionych zawodników, na tablicy ogłoszeń zawiesiła plakat drużyny, a na wyświetlaczu telefonu komórkowego ma zdjęcie Mariusza Pudzianowskiego, zawodnika Budowlanych i najsilniejszego człowieka w Polsce.

- Nie znam do końca zasad gry w rugby, ale to nie ma większego znaczenia. Najważniejsze, żeby nasi chłopcy wygrywali - przyznaje Maria Bilska. Do monitora komputera i do ściennej tablicy Maria ma przyklejone zdjęcia Macieja Pabjańczyka, łącznika młyna i jednocześnie asystenta trenera rugbistów. Są też wycinki z „Expressu Ilustrowanego”, w których pada jego nazwisko.

- Bardzo mi się podoba - mówi Maria Bilska, ale zaraz dodaje, że tylko jako rugbista...

Przygoda z kibicowaniem dla wielu łodzianek zaczęła się przez przypadek. Najczęściej pierwszy raz na trybunach zasiadły dzięki swoim chłopakom, którzy są fanami Widzewa lub ŁKS-u.

Tańczą na ławkach

Monika Chatłas jest po trzydziestce, ma męża i dwoje dzieci. Pracuje w filii znanego banku w Łodzi. Trudno się domyślić, że ta ubrana elegancko specjalistka od finansów na meczu piłki nożnej wydziera się w niebogłosy, a jak Widzew przegrywa, to potrafi zakląć niczym szewc.

- To mnie odstresowuje - mówi. - Mąż podziela moją pasję. - W mieszkaniu mamy wiele gadżetów związanych z ulubionym klubem. Poranną kawę zawsze pijemy z kubków z logo Widzewa. Na mecze przychodzę w towarzystwie koleżanek. Kilka razy tańczyłyśmy na ławkach. Ale wszystko w granicach przyzwoitości...

Emocje biorą górę

Dla Kingi Sass kibicowanie drużynie ŁKS to sposób na życie. Na pierwszy mecz przyszła jedenaście lat temu razem z koleżanką i jej ojcem. Wówczas ŁKS grał z Olimpią Poznań i wygrał 7:1. Dzisiaj ta absolwentka dziennikarstwa i pracownica działu rekrutacji w jednej z łódzkich uczelni praktycznie nie opuszcza żadnego meczu z udziałem ełkaesiaków. Podczas rozmowy sprawia wrażenie ułożonej, spokojnej osóbki. W białym płaszczu i w różowym szaliku wygląda niewinnie.

- Na mecze nie zakładam nigdy klubowego szalika. Dlatego, że on kojarzy się z małolatami, którzy zachowują się jak pseudokibice. Wiele z tych dziewczynek na stadion przychodzi poderwać chłopaka. Mnie to nie bawi. Przede wszystkim liczy się dobra gra drużyny. Jasne, że kiedy przegrywa, używam niecenzuralnych słów. Emocje biorą wtedy górę...

Po meczu tracą głos

Jadwiga Ociepa i Anna Bartkowska to panie w średnim wieku, pracownice biura. Choć mają już swoje lata, uważają że nie ma powodów, dla których by nie miały szaleć na trybunach. Są najwierniejszymi fankami rugby w Łodzi. Można je spotkać na każdym meczu. Siedzą w pierwszym rzędzie, a w dłoniach trzymają grzechotki, których dźwiękiem zagrzewają zawodników do walki. Wspominają, że jeszcze do niedawna używały hałaśliwych trąbek gazowych. Teraz leżą w szafie, bo gaz się skończył.

- Rugby zainteresowałam się, gdy mój syn zaczął grać. Niestety, przez kontuzję musiał zrezygnować, ale przez lata uczyłam się zasad i wiem o co chodzi w tym sporcie. Jaka jest teraz publiczność? W młodych ludziach nie ma żywiołowości. Wiele razy jest tak, że razem z Anią odwracamy się do kibiców i krzyczymy ze wszystkich sił, że bez dopingu nasi nie wygrają. Dopiero wtedy publiczność szaleje. Po każdym meczu tracę głos - dodaje pani Jadwiga.

Gratulacje i całusy

Maciej Pabjańczyk na wieść o fance, która trzyma jego zdjęcia i często do nich wzdycha, przyznaje, że jest tym mile zaskoczony.

- Tego się nie spodziewałem. Oczywiście po meczu kobiety podchodzą do mnie i do kolegów, gratulują wyników, a niekiedy dadzą całusa, ale żeby moje zdjęcia trzymały na biurkach? Bardzo często podczas gry dziewczyny kibicują nam lepiej niż mężczyźni. Nie wyobrażam sobie, żeby nie było ich na trybunach.

Tego nie wyobrażają sobie też Władysław Puchalski, prezes Widzewa i Jarosław Papis z ŁKS-u.

- Kobiety nie tracą tak szybko wiary w zawodników. Zdarza się, że tym ulubionym przekazują maskotki, a kiedyś bywało i tak, że przysyłały miłosne listy - dodaje Jarosław Papis.

- Doping pań jest bardzo mobilizujący - kwituje Władysław Puchalski.

Michał Cessanis

POWRÓT