
|
Podziwiają,
klną, wrzeszczą, tańczą... Fanki na
stadionie Na
co dzień
pracują w bankach, urzędach, studiują albo wychowują dzieci. Są
przykładnymi
żonami i matkami. Ale kiedy zasiadają na stadionowych trybunach,
niejedna
zmienia się w diablicę. Zakochana w
łączniku Maria
Bilska,
ekonomistka, pracuje w Agencji Rynku Rolnego w Łodzi. Dopinguje
łódzkich rugbistów.
Jej miłość do napakowanych chłopaków biegających za jajowatą piłką nie
kończy
się na przychodzeniu na mecze. Na biurku trzyma zdjęcia ulubionych
zawodników,
na tablicy ogłoszeń zawiesiła plakat drużyny, a na wyświetlaczu
telefonu
komórkowego ma zdjęcie Mariusza Pudzianowskiego, zawodnika Budowlanych
i
najsilniejszego człowieka w Polsce. -
Nie znam do
końca zasad gry w rugby, ale to nie ma większego znaczenia.
Najważniejsze, żeby
nasi chłopcy wygrywali - przyznaje Maria Bilska. Do monitora komputera
i do
ściennej tablicy Maria ma przyklejone zdjęcia Macieja Pabjańczyka,
łącznika
młyna i jednocześnie asystenta trenera rugbistów. Są też wycinki z
„Expressu
Ilustrowanego”, w których pada jego nazwisko. -
Bardzo mi się
podoba - mówi Maria Bilska, ale zaraz dodaje, że tylko jako rugbista... Przygoda
z
kibicowaniem dla wielu łodzianek zaczęła się przez przypadek.
Najczęściej
pierwszy raz na trybunach zasiadły dzięki swoim chłopakom, którzy są
fanami
Widzewa lub ŁKS-u. Tańczą na
ławkach Monika
Chatłas
jest po trzydziestce, ma męża i dwoje dzieci. Pracuje w filii znanego
banku w
Łodzi. Trudno się domyślić, że ta ubrana elegancko specjalistka od
finansów na
meczu piłki nożnej wydziera się w niebogłosy, a jak Widzew przegrywa,
to
potrafi zakląć niczym szewc. -
To mnie
odstresowuje - mówi. - Mąż podziela moją pasję. - W mieszkaniu mamy
wiele
gadżetów związanych z ulubionym klubem. Poranną kawę zawsze pijemy z
kubków z
logo Widzewa. Na mecze przychodzę w towarzystwie koleżanek. Kilka razy
tańczyłyśmy na ławkach. Ale wszystko w granicach przyzwoitości... Emocje biorą
górę Dla
Kingi Sass
kibicowanie drużynie ŁKS to sposób na życie. Na pierwszy mecz przyszła
jedenaście
lat temu razem z koleżanką i jej ojcem. Wówczas ŁKS grał z Olimpią
Poznań i
wygrał 7:1. Dzisiaj ta absolwentka dziennikarstwa i pracownica działu
rekrutacji w jednej z łódzkich uczelni praktycznie nie opuszcza żadnego
meczu z
udziałem ełkaesiaków. Podczas rozmowy sprawia wrażenie ułożonej,
spokojnej
osóbki. W białym płaszczu i w różowym szaliku wygląda niewinnie. -
Na mecze nie
zakładam nigdy klubowego szalika. Dlatego, że on kojarzy się z
małolatami,
którzy zachowują się jak pseudokibice. Wiele z tych dziewczynek na
stadion
przychodzi poderwać chłopaka. Mnie to nie bawi. Przede wszystkim liczy
się
dobra gra drużyny. Jasne, że kiedy przegrywa, używam niecenzuralnych
słów.
Emocje biorą wtedy górę... Po meczu tracą
głos Jadwiga
Ociepa i
Anna Bartkowska to panie w średnim wieku, pracownice biura. Choć mają
już swoje
lata, uważają że nie ma powodów, dla których by nie miały szaleć na
trybunach.
Są najwierniejszymi fankami rugby w Łodzi. Można je spotkać na każdym
meczu.
Siedzą w pierwszym rzędzie, a w dłoniach trzymają grzechotki, których
dźwiękiem
zagrzewają zawodników do walki. Wspominają, że jeszcze do niedawna
używały
hałaśliwych trąbek gazowych. Teraz leżą w szafie, bo gaz się skończył. -
Rugby
zainteresowałam się, gdy mój syn zaczął grać. Niestety, przez kontuzję
musiał
zrezygnować, ale przez lata uczyłam się zasad i wiem o co chodzi w tym
sporcie.
Jaka jest teraz publiczność? W młodych ludziach nie ma żywiołowości.
Wiele razy
jest tak, że razem z Anią odwracamy się do kibiców i krzyczymy ze
wszystkich sił,
że bez dopingu nasi nie wygrają. Dopiero wtedy publiczność szaleje. Po
każdym
meczu tracę głos - dodaje pani Jadwiga. Gratulacje i
całusy Maciej
Pabjańczyk na wieść o fance, która trzyma jego zdjęcia i często do nich
wzdycha, przyznaje, że jest tym mile zaskoczony. -
Tego się nie
spodziewałem. Oczywiście po meczu kobiety podchodzą do mnie i do
kolegów,
gratulują wyników, a niekiedy dadzą całusa, ale żeby moje zdjęcia
trzymały na
biurkach? Bardzo często podczas gry dziewczyny kibicują nam lepiej niż
mężczyźni.
Nie wyobrażam sobie, żeby nie było ich na trybunach. Tego
nie
wyobrażają sobie też Władysław Puchalski, prezes Widzewa i Jarosław
Papis z
ŁKS-u. -
Kobiety nie
tracą tak szybko wiary w zawodników. Zdarza się, że tym ulubionym
przekazują
maskotki, a kiedyś bywało i tak, że przysyłały miłosne listy - dodaje
Jarosław
Papis. -
Doping pań
jest bardzo mobilizujący - kwituje Władysław Puchalski. Michał Cessanis |