
|
Można zarobić
nawet 800 złotych za występ Gra o
przetrwanie W
ciągu jednego
wieczoru Michał Jaros, 26-letni muzyk pochodzący z Poznania, a grający
w
knajpach na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, może zarobić 300 złotych.
Oprócz
pieniędzy restaurator postawi mu jeszcze kolację z lampką wina. Michał
gra na
skrzypcach i na gitarze do przysłowiowego „kotleta”. Niektórzy
grajkowie w
lokalach na Piotrkowskiej wyciągają nawet 800 złotych za noc. Gorzej
mają ci,
którzy grają i śpiewają na ulicy. Są dni, że do kapelusza lub futerału
do
skrzypiec przez cały dzień przechodnie wrzucą zaledwie kilka złotych.
Jednak w
słoneczne dni uliczni muzycy mogą zarobić bardzo dużo. Ile dokładnie?
Tego już
nie chcą powiedzieć, bo między nimi toczy się prawdziwa gra... o
przetrwanie. Djembe z Drozdem Daniel
Drozd od
października będzie studentem drugiego roku stosunków międzynarodowych.
Do
Łodzi na studia przyjechał z Tych. Codziennie można go spotkać na ulicy
Piotrkowskiej. Oparty o sklepową witrynę gra na djembe. To rodzaj
afrykańskich
bębnów. Na chodniku leży plecak, do którego co kilka chwil wpadają
monety. -
Ostatnio gram
wspólnie z bębniarzami poznanymi na ulicy. Podszedłem i spytałem, czy
chcą ze
mną pograć. Chcieli. Czasami jest tak, że nie mam na chleb albo na
piwo, a
przecież muszę jakoś przetrwać na studiach - przyznaje Daniel. Student
Drozd to
wykształcony muzyk. Skończył szkołę muzyczną w klasie perkusji, ale
nigdy nie
myślał o zawodowym koncertowaniu. Dlaczego uderza w bębny? Dostał je
dziesięć
lat temu na urodziny i tak to się zaczęło. Czy z grania na ulicy da się
wyżyć? -
Moje zarobki
zależą od pogody. Wystarczy, że zacznie wiać wiatr i zaraz jest mniej
spacerowiczów, a w moim plecaków mniej pieniędzy. Ale kiedy świeci
słońce można
zarobić zaskakująco dużo - dodaje student. Wojna muzyków Muzycy
z ulicy
Piotrkowskiej niechętnie mówią o swoich zarobkach. A to z bardzo
prostej
przyczyny. Między nimi toczy się prawdziwa walka o przetrwanie. Są
tacy, którzy
potrafią okraść kolegę, spuścić mu manto, albo zniszczyć instrument.
Wszystko
po to, żeby wyeliminować rywala z muzyczno-ulicznego rynku. -
Zdarza się, że
muzyk muzykowi ukradnie kapelusz z utargiem, albo po zmierzchu wciągnie
z
kolegami do bramy i wpieprzy - zdradza Arek. Razem ze swoją dziewczyną
grają na
gitarach. Do Łodzi przyjechali w czerwcu, bo w Krakowie słyszeli, że tu
też
można nieźle żyć z uderzania w struny. Ale po tym, gdy Arka „jacyś
żule”
napadli w bramie i zabrali kasę (było tego kilkaset złotych), para
myśli o
wyjeździe. Tomek
Mikuła,
28-letni wrocławianin, skrzypek po akademii muzycznej, do Łodzi
przyjeżdża grać
od pięciu lat. Ale powtarza, że to jego ostatnie wakacje w tym mieście.
Kilka
dni temu ktoś poprzebijał opony w jego samochodzie, a na karoserii
wyrył
gwoździem „wypier...„. Tomek domyśla się, że to inny skrzypek z
Piotrkowskiej,
z którym wrocławianin ma na pieńku, bo więcej zarabia. -
Kiedyś mi
powiedział, że tu nie lubią takich, co wyciągają kasę i żebym lepiej
zmienił
miasto - opowiada. - I zmienię. Nie ma sensu ryzykować... Skrzypce do
kotleta Zdecydowanie
lepiej mają muzycy, którzy grają w restauracjach. Nie muszą walczyć o
miejsce
na ulicy, a podczas jednego wieczoru za pięciogodzinny występ zgarniają
od 400
złotych nawet do 800 złotych. Restauratorzy nie przyjmują byle kogo.
Żeby
zagrać w niektórych knajpach, ich właściciele wymagają wyższego
wykształcenia
muzycznego. Bardzo ważna jest kultura osobista muzyka przygrywającego
„do
kotleta”. Ukrainiec
Andriej Pietrov kończył konserwatorium w Kijowie, a do Łodzi pierwszy
raz
przyjechał trzy lata temu. Właśnie wtedy na swej drodze spotkał
restauratora
Piotra Krajewskiego. Teraz jest zapraszany na specjalne uroczystości.
Goście
już tak się przyzwyczaili do jego muzyki, że wciąż pytają, kiedy
Andriej znów
będzie dla nich grał. Ale na jego koncert muszą poczekać do sierpnia.
Teraz
Pietrov musi wrócić na Ukrainę, bo kończy mu się wiza. -
Ale na pewno
wrócę do Łodzi. Ja gram we wszystkich polskich miastach. Daję
profesjonalne
koncerty i przyjmowany jestem bardzo dobrze - opowiada Andriej Pietrov. Dla
Andrieja
liczy się każdy zarobiony grosz, bo ma na utrzymaniu żonę i dwóch
synów. Za
kilkugodzinny występ otrzymuje średnio 800 złotych. Pietrov nie wydaje
na
hotel, bo śpi w aucie albo u przyjaciół. Gdy zepsuł mu się samochód,
kilka dni
zastanawiał się, czy naprawić auto, czy zarobione pieniądze wysłać
rodzinie.
Dlaczego wybrał Łódź? -
To wyjątkowe
miasto z niepowtarzalnym klimatem. Nigdzie nie ma takiej publiczności -
przyznaje Ukrainiec. W
innej dobrej
łódzkiej restauracji wieczorem gościom przygrywa kapela góralska albo
kwartet
smyczkowy. Kilka razy wystąpił saksofonista. Właściciele tego lokalu
mają jedną
zasadę: dają zarobić tylko polskim muzykom. -
Wspieramy
polską kulturę. Nasi muzycy w teatrach czy w szkołach zarabiają grosze
i
dlatego im pomagamy. Za trzygodzinny występ zespół dostaje od nas 600
złotych -
opowiada restaurator, który chce pozostać anonimowy. Czy
więc ktoś
wyobraża sobie ulicę Piotrkowską bez muzyki? Bez odgłosów bębnów,
delikatnych
dźwięków skrzypiec, gitar czy fujarek? - Piotrkowska bez muzyki? Nie ma mowy,
przecież to już stały
element tej ulicy - stwierdziła spacerowiczka Katarzyna Piekarska i po
chwili
przechodząc obok grupy gitarzystów do futerału wrzuciła kilka
złotówek...
<>Michał
Cessanis
|