Express Ilustrowany
Magazyn
9.07.2004

Można zarobić nawet 800 złotych za występ

Gra o przetrwanie

W ciągu jednego wieczoru Michał Jaros, 26-letni muzyk pochodzący z Poznania, a grający w knajpach na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, może zarobić 300 złotych. Oprócz pieniędzy restaurator postawi mu jeszcze kolację z lampką wina. Michał gra na skrzypcach i na gitarze do przysłowiowego „kotleta”. Niektórzy grajkowie w lokalach na Piotrkowskiej wyciągają nawet 800 złotych za noc. Gorzej mają ci, którzy grają i śpiewają na ulicy. Są dni, że do kapelusza lub futerału do skrzypiec przez cały dzień przechodnie wrzucą zaledwie kilka złotych. Jednak w słoneczne dni uliczni muzycy mogą zarobić bardzo dużo. Ile dokładnie? Tego już nie chcą powiedzieć, bo między nimi toczy się prawdziwa gra... o przetrwanie.

Djembe z Drozdem

Daniel Drozd od października będzie studentem drugiego roku stosunków międzynarodowych. Do Łodzi na studia przyjechał z Tych. Codziennie można go spotkać na ulicy Piotrkowskiej. Oparty o sklepową witrynę gra na djembe. To rodzaj afrykańskich bębnów. Na chodniku leży plecak, do którego co kilka chwil wpadają monety.

- Ostatnio gram wspólnie z bębniarzami poznanymi na ulicy. Podszedłem i spytałem, czy chcą ze mną pograć. Chcieli. Czasami jest tak, że nie mam na chleb albo na piwo, a przecież muszę jakoś przetrwać na studiach - przyznaje Daniel.

Student Drozd to wykształcony muzyk. Skończył szkołę muzyczną w klasie perkusji, ale nigdy nie myślał o zawodowym koncertowaniu. Dlaczego uderza w bębny? Dostał je dziesięć lat temu na urodziny i tak to się zaczęło. Czy z grania na ulicy da się wyżyć?

- Moje zarobki zależą od pogody. Wystarczy, że zacznie wiać wiatr i zaraz jest mniej spacerowiczów, a w moim plecaków mniej pieniędzy. Ale kiedy świeci słońce można zarobić zaskakująco dużo - dodaje student.

Wojna muzyków

Muzycy z ulicy Piotrkowskiej niechętnie mówią o swoich zarobkach. A to z bardzo prostej przyczyny. Między nimi toczy się prawdziwa walka o przetrwanie. Są tacy, którzy potrafią okraść kolegę, spuścić mu manto, albo zniszczyć instrument. Wszystko po to, żeby wyeliminować rywala z muzyczno-ulicznego rynku.

- Zdarza się, że muzyk muzykowi ukradnie kapelusz z utargiem, albo po zmierzchu wciągnie z kolegami do bramy i wpieprzy - zdradza Arek. Razem ze swoją dziewczyną grają na gitarach. Do Łodzi przyjechali w czerwcu, bo w Krakowie słyszeli, że tu też można nieźle żyć z uderzania w struny. Ale po tym, gdy Arka „jacyś żule” napadli w bramie i zabrali kasę (było tego kilkaset złotych), para myśli o wyjeździe.

Tomek Mikuła, 28-letni wrocławianin, skrzypek po akademii muzycznej, do Łodzi przyjeżdża grać od pięciu lat. Ale powtarza, że to jego ostatnie wakacje w tym mieście. Kilka dni temu ktoś poprzebijał opony w jego samochodzie, a na karoserii wyrył gwoździem „wypier...„. Tomek domyśla się, że to inny skrzypek z Piotrkowskiej, z którym wrocławianin ma na pieńku, bo więcej zarabia.

- Kiedyś mi powiedział, że tu nie lubią takich, co wyciągają kasę i żebym lepiej zmienił miasto - opowiada. - I zmienię. Nie ma sensu ryzykować...

Skrzypce do kotleta

Zdecydowanie lepiej mają muzycy, którzy grają w restauracjach. Nie muszą walczyć o miejsce na ulicy, a podczas jednego wieczoru za pięciogodzinny występ zgarniają od 400 złotych nawet do 800 złotych. Restauratorzy nie przyjmują byle kogo. Żeby zagrać w niektórych knajpach, ich właściciele wymagają wyższego wykształcenia muzycznego. Bardzo ważna jest kultura osobista muzyka przygrywającego „do kotleta”.

Ukrainiec Andriej Pietrov kończył konserwatorium w Kijowie, a do Łodzi pierwszy raz przyjechał trzy lata temu. Właśnie wtedy na swej drodze spotkał restauratora Piotra Krajewskiego. Teraz jest zapraszany na specjalne uroczystości. Goście już tak się przyzwyczaili do jego muzyki, że wciąż pytają, kiedy Andriej znów będzie dla nich grał. Ale na jego koncert muszą poczekać do sierpnia. Teraz Pietrov musi wrócić na Ukrainę, bo kończy mu się wiza.

- Ale na pewno wrócę do Łodzi. Ja gram we wszystkich polskich miastach. Daję profesjonalne koncerty i przyjmowany jestem bardzo dobrze - opowiada Andriej Pietrov.

Dla Andrieja liczy się każdy zarobiony grosz, bo ma na utrzymaniu żonę i dwóch synów. Za kilkugodzinny występ otrzymuje średnio 800 złotych. Pietrov nie wydaje na hotel, bo śpi w aucie albo u przyjaciół. Gdy zepsuł mu się samochód, kilka dni zastanawiał się, czy naprawić auto, czy zarobione pieniądze wysłać rodzinie. Dlaczego wybrał Łódź?

- To wyjątkowe miasto z niepowtarzalnym klimatem. Nigdzie nie ma takiej publiczności - przyznaje Ukrainiec.

W innej dobrej łódzkiej restauracji wieczorem gościom przygrywa kapela góralska albo kwartet smyczkowy. Kilka razy wystąpił saksofonista. Właściciele tego lokalu mają jedną zasadę: dają zarobić tylko polskim muzykom.

- Wspieramy polską kulturę. Nasi muzycy w teatrach czy w szkołach zarabiają grosze i dlatego im pomagamy. Za trzygodzinny występ zespół dostaje od nas 600 złotych - opowiada restaurator, który chce pozostać anonimowy.

Czy więc ktoś wyobraża sobie ulicę Piotrkowską bez muzyki? Bez odgłosów bębnów, delikatnych dźwięków skrzypiec, gitar czy fujarek?

- Piotrkowska bez muzyki? Nie ma mowy, przecież to już stały element tej ulicy - stwierdziła spacerowiczka Katarzyna Piekarska i po chwili przechodząc obok grupy gitarzystów do futerału wrzuciła kilka złotówek...

<>Michał Cessanis

POWRÓT