
|
Liczy się język,
a nie wykształcenie Wyprawa po funty 30
łodzian
jeszcze w tym roku może dostać legalną pracę w sklepach na angielskich
lotniskach. Czeka na nich także zatrudnienie w tamtejszych
supermarketach.
Wojewódzki Urząd Pracy właśnie rozpoczyna rekrutację. Kto ma szanse na
zatrudnienie? Liczy się przede wszystkim dobra znajomość języka
angielskiego.
Nie ma natomiast znaczenia wykształcenie ani wiek przyszłego pracownika. Funty, funty,
funty -
Chętni powinni
w najbliższym tygodniu dostarczyć nam swój życiorys zapisany na
dyskietce. Za
dwa tygodnie do Łodzi przyjedzie przedstawiciel angielskich pracodawców
i wtedy
odbędą się rozmowy kwalifikacyjne. Jesteśmy w europejskim systemie
pośredniczenia pracy i dlatego nasze oferty są pewne. Osoby, które
wyjadą do
Anglii będą cały czas pod naszą kontrolą, tak by nic złego się im nie
stało -
mówi Katarzyna Wesoła z Wojewódzkiego Urzędu Pracy przy ul.
Wólczańskiej 49. Łodzianie,
którzy wyjadą do Anglii za pośrednictwem WUP, zarobią w zależności od
wybranej
pracy od 5 do 7 funtów za godzinę - czyli od 34 do 47 złotych. Jeśli
zdecydują
się na roczną umowę przez 12 miesięcy dostaną od 11 do 15 tysięcy
funtów
(75-100 tys. zł). Jest ciężko Trzydzieści
etatów w Anglii to bardzo mało, biorąc pod uwagę fakt, że z Łodzi
tygodniowo
wyjeżdża do Wielkiej Brytanii kilkuset łodzian. Większość z nich liczy,
że sami
znajdą jakąś fuchę. Ale o pracę w Anglii jest teraz coraz trudniej. Na
Dworzec
Fabryczny z Łodzi wciąż podjeżdżają także autokary, z których wysiadają
zawiedzeni Polacy. Niektórzy liczyli, że w ciągu kilku dni załapią się
do
knajpy, albo do sklepu albo przy zbieraniu owoców. Innych oszukał
potencjalny
pracodawca. Krzystof
Marzec
z Pabianic do Anglii wyjechał na początku maja, kilka dni po wstąpieniu
Polski
do Unii Europejskiej. Pracę na farmie pod Londynem załatwił mu kolega,
który na
stałe mieszka w Wielkiej Brytanii. Krzysiek wiedział w co się „pakuje”.
Spanie
w sześcioosobowych przyczepach kempingowych, harówka po 12 godzin
dziennie i
4,5 funta, czyli około 30 złotych za godzinę zbierania truskawek i
malin. Kilka
dni temu do 27-letniego pabianiczanina - magistra ekonomii - dołączyła
jego
dziewczyna, która jest stomatologiem. Wzięła w przychodni miesięczny
urlop i
pojechała szukać zatrudnienia w angielskiej klinice. -
Skończyły się
już truskawki, więc pracy i pieniędzy jest mniej. Właściciel farmy
przerzucił
nas do pakowania owoców, ale to jest gorzej płatne - opowiada Krzysiek,
do
którego wczoraj zadzwoniliśmy. Magister pracuje na farmie oddalonej o
140
kilometrów od Londynu - Razem z Gosią chcielibyśmy zostać w Anglii na
stałe.
Przed wyjazdem pracowałem w zakładzie fotograficznym. Byłem sprzedawcą
i
dostawałem na rękę 640 złotych miesięcznie. Nie mogłem znaleźć niczego
lepszego, więc na co miałem czekać? Tutaj chociaż podszkolę język
angielski.
Może Gocha gdzieś się załapie, przecież ma bardzo dobre wykształcenie. Wszędzie Polacy Łodzianin
Andrzej Jaros miał mniej szczęścia. -
Niestety,
odwiedziłem kilkadziesiąt pubów, restauracji, stacji paliw i hoteli.
Nigdzie
nie chciano mnie zatrudnić, chociaż skończyłem szkołę gastronomiczną.
Pieniądze, które zabrałem z kraju zaczęły się kończyć. Pozostał powrót
do
Polski - mówi 24-letni Andrzej Jaros. - W Anglii jest teraz bardzo duża
konkurencja. Wszędzie można spotkać Polaków pytających o robotę... Kolega
Andrzeja,
który wyjechał razem z nim, znalazł pracę w knajpie, ale z niej
zrezygnował po
dwóch tygodniach. Angielski pracodawca nie chciał podpisać z nim umowy,
a po
tygodniu obniżył stawkę za godzinę. -
W Anglii jest
bardzo drogo. Musiałem opłacić mieszkanie, kupić wyżywienie i po
przeliczeniu
zostawało mi na rękę około 150 złotych na tydzień. Szef nie wypłacił mi
dniówki. Stwierdził, że go zawiodłem. Już nie wierzę w to, że można tak
łatwo
znaleźć pracę za granicą - dodaje zrezygnowany Tomek Paszko. - Przez
dwa
tygodnie mojej pracy, do tej knajpy zgłosiło się kilkudziesięciu
Polaków
szukających zatrudnienia. Opowiadali, że śpią na dworcach albo w
parkach.
Chcieli pożyczyć trochę grosza, żeby mieć na jedzenie i na bilet
powrotny do
kraju... Michał Cessanis
|