Express Ilustrowany
Magazyn
9.07.2004

Liczy się język, a nie wykształcenie

Wyprawa po funty

30 łodzian jeszcze w tym roku może dostać legalną pracę w sklepach na angielskich lotniskach. Czeka na nich także zatrudnienie w tamtejszych supermarketach. Wojewódzki Urząd Pracy właśnie rozpoczyna rekrutację. Kto ma szanse na zatrudnienie? Liczy się przede wszystkim dobra znajomość języka angielskiego. Nie ma natomiast znaczenia wykształcenie ani wiek przyszłego pracownika.

Funty, funty, funty

- Chętni powinni w najbliższym tygodniu dostarczyć nam swój życiorys zapisany na dyskietce. Za dwa tygodnie do Łodzi przyjedzie przedstawiciel angielskich pracodawców i wtedy odbędą się rozmowy kwalifikacyjne. Jesteśmy w europejskim systemie pośredniczenia pracy i dlatego nasze oferty są pewne. Osoby, które wyjadą do Anglii będą cały czas pod naszą kontrolą, tak by nic złego się im nie stało - mówi Katarzyna Wesoła z Wojewódzkiego Urzędu Pracy przy ul. Wólczańskiej 49.

Łodzianie, którzy wyjadą do Anglii za pośrednictwem WUP, zarobią w zależności od wybranej pracy od 5 do 7 funtów za godzinę - czyli od 34 do 47 złotych. Jeśli zdecydują się na roczną umowę przez 12 miesięcy dostaną od 11 do 15 tysięcy funtów (75-100 tys. zł).

Jest ciężko

Trzydzieści etatów w Anglii to bardzo mało, biorąc pod uwagę fakt, że z Łodzi tygodniowo wyjeżdża do Wielkiej Brytanii kilkuset łodzian. Większość z nich liczy, że sami znajdą jakąś fuchę. Ale o pracę w Anglii jest teraz coraz trudniej. Na Dworzec Fabryczny z Łodzi wciąż podjeżdżają także autokary, z których wysiadają zawiedzeni Polacy. Niektórzy liczyli, że w ciągu kilku dni załapią się do knajpy, albo do sklepu albo przy zbieraniu owoców. Innych oszukał potencjalny pracodawca.

Krzystof Marzec z Pabianic do Anglii wyjechał na początku maja, kilka dni po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Pracę na farmie pod Londynem załatwił mu kolega, który na stałe mieszka w Wielkiej Brytanii. Krzysiek wiedział w co się „pakuje”. Spanie w sześcioosobowych przyczepach kempingowych, harówka po 12 godzin dziennie i 4,5 funta, czyli około 30 złotych za godzinę zbierania truskawek i malin. Kilka dni temu do 27-letniego pabianiczanina - magistra ekonomii - dołączyła jego dziewczyna, która jest stomatologiem. Wzięła w przychodni miesięczny urlop i pojechała szukać zatrudnienia w angielskiej klinice.

- Skończyły się już truskawki, więc pracy i pieniędzy jest mniej. Właściciel farmy przerzucił nas do pakowania owoców, ale to jest gorzej płatne - opowiada Krzysiek, do którego wczoraj zadzwoniliśmy. Magister pracuje na farmie oddalonej o 140 kilometrów od Londynu - Razem z Gosią chcielibyśmy zostać w Anglii na stałe. Przed wyjazdem pracowałem w zakładzie fotograficznym. Byłem sprzedawcą i dostawałem na rękę 640 złotych miesięcznie. Nie mogłem znaleźć niczego lepszego, więc na co miałem czekać? Tutaj chociaż podszkolę język angielski. Może Gocha gdzieś się załapie, przecież ma bardzo dobre wykształcenie.

Wszędzie Polacy

Łodzianin Andrzej Jaros miał mniej szczęścia.

- Niestety, odwiedziłem kilkadziesiąt pubów, restauracji, stacji paliw i hoteli. Nigdzie nie chciano mnie zatrudnić, chociaż skończyłem szkołę gastronomiczną. Pieniądze, które zabrałem z kraju zaczęły się kończyć. Pozostał powrót do Polski - mówi 24-letni Andrzej Jaros. - W Anglii jest teraz bardzo duża konkurencja. Wszędzie można spotkać Polaków pytających o robotę...

Kolega Andrzeja, który wyjechał razem z nim, znalazł pracę w knajpie, ale z niej zrezygnował po dwóch tygodniach. Angielski pracodawca nie chciał podpisać z nim umowy, a po tygodniu obniżył stawkę za godzinę.

- W Anglii jest bardzo drogo. Musiałem opłacić mieszkanie, kupić wyżywienie i po przeliczeniu zostawało mi na rękę około 150 złotych na tydzień. Szef nie wypłacił mi dniówki. Stwierdził, że go zawiodłem. Już nie wierzę w to, że można tak łatwo znaleźć pracę za granicą - dodaje zrezygnowany Tomek Paszko. - Przez dwa tygodnie mojej pracy, do tej knajpy zgłosiło się kilkudziesięciu Polaków szukających zatrudnienia. Opowiadali, że śpią na dworcach albo w parkach. Chcieli pożyczyć trochę grosza, żeby mieć na jedzenie i na bilet powrotny do kraju...

Michał Cessanis

POWRÓT