Express Ilustrowany
Magazyn
31.12.2004

W Tajlandii czuwał nad nią Anioł Stróż

Przeżyła dzień zagłady

26-letnia Małgorzata Kobus z podłódzkiej wsi Gaj wraz ze swoim narzeczonym cała i zdrowa wydostała się z tajlandzkiej wyspy Phuket, zniszczonej przez potworne tsunami. Od losu dostała nowe życie. Jednak dnia, w którym trzęsienie ziemi i ogromne fale zgładziły kilkadziesiąt tysięcy ludzi nigdy nie zapomni.

- Cieszę się, że jestem już daleko od tego wszystkiego. Nie mogę w to jeszcze uwierzyć - powiedziała nam Małgorzata Kobus chwilę po wylądowaniu samolotu na lotnisku w Berlinie, skąd dzisiaj odleci do Polski. - Koszmar się skończył, jestem wycieńczona, muszę pozbierać myśli - dodała. Jej podróż z Azji trwała 17 godzin.

- Bogu dziękuję, że Małgosia żyje - płacze ojciec Wiktor Kobus.

Pierwsze uderzenie

Niedziela zapowiadała się jak poprzednie dni - słoneczna i upalna. Małgorzata Kobus wraz ze swoim narzeczonym po śniadaniu mieli pójść na plażę i korzystać z uroków przepięknej wyspy Phuket. Było inaczej. W ciągu zaledwie kilku chwil wyspa zamieniła się w zbiorową mogiłę przykrytą brunatną wodą. Nie było już piaszczystej plaży, ani basenu. Nie było też turystów, z którymi codziennie spotykali się na posiłkach. Nie było ekskluzywnych hoteli, deptaków i cudnej zieleni. Było za to pełno porozrzucanych ciał. Potworny odór. O tym, co się stało pani Małgorzata opowiada z trudem.

- Usłyszałam szum wody, zupełnie jakby ktoś odkręcił kran, wyjrzałam przez okno w stronę morza. Widać już było tylko wielką brunatną falę, która zmiotła wszystko na swojej drodze. Zabrała tych, którzy się opalali albo jedli jeszcze śniadanie w restauracji i tych kąpiących się w basenie - wspomina.

Zatrzęsło się łóżko

Niebezpiecznie zrobiło się już kilka godzin wcześniej. Około ósmej rano mieszkańcy i turyści w Południowej i Południowo-Wschodniej Azji poczuli niewielki wstrząs.

- Zatrzęsło się łóżko, drzwi stukały o futrynę, ale wtedy to zignorowaliśmy. Gdy wracaliśmy ze śniadania, zauważyliśmy bardzo duży odpływ morza. Nikt z obsługi nie wszczął alarmu, wróciliśmy do pokoju - dodaje Polka.

Małgorzatę i jej partnera uratował właśnie powrót do pokoju na trzecim piętrze położonego tuż nad brzegiem morza hotelu Bang Thao Beach. Śmiertelna fala nie dotarła tak wysoko.

- Chcieliśmy jeszcze poleniuchować. Zdążyłam się przebrać w kostium, gdy w hotel uderzyła pierwsza fala. Ludzie zostali uwięzieni w recepcji i w restauracji. Nagle do naszego pokoju wpadł Niemiec, który zostawił swoje dzieci i pobiegł szukać żony. Kiedy nadeszła woda ona opalała się przy basenie. Na szczęście przeżyła - dodaje Małgorzata Kobus.

Po 10, może 15 minutach kolejna fala wtargnęła na ląd. Polska para widząc co się dzieje, natychmiast spakowała rzeczy i dokumenty i przez pola uciekła w głąb lądu, na tereny wyżej położone. W międzyczasie Małgorzacie udało się wysłać sms-a do matki: „Nie wiem, co się dzieje, hotel zalany, wszędzie leżą zabici. To chyba atak terrorystyczny. Nam nic się nie stało”.

Później taksówką dostali się do innego, oddalonego o 6 kilometrów hotelu i dalej na lotnisko, gdzie przez kilka dni koczowali razem z setkami innych turystów, którzy chcieli jak najszybciej uciec z wyspy. W środę rano wylecieli do Niemiec.

Chaos i szok

Po uderzeniu fali na wyspie zapanował chaos. Do ucieczki rzucili się wszyscy ocaleni. Wielu turystów miało na sobie jedynie kostiumy kąpielowe, szorty. Nie było wody pitnej, ani łączności telefonicznej. Poturbowani wzajemnie udzielali sobie pomocy. Tubylcy przystąpili do grabieży.

- Z hoteli kradli wszystko, co mogło się im przydać. Wpadli w szał, jak stado dzikich małp. W obliczu takiej tragedii podpalali materace, tańczyli i śpiewali. Turystom zabierali pieniądze - pani Małgorzacie trudno opanować emocje.

Tajki zaś poszukiwały swoich dzieci albo klęczały i lamentowały nad zwłokami najbliższych.

- O tak wielkim trzęsieniu ziemi dowiedziała się od nas, gdy zadzwoniła do domu. Wtedy zaczęła pytać, co ma robić - wspomina Wiktor Kobus. - Była przerażona.

Tuż przed wylotem Małgorzata Kobus wróciła na miejsce tragedii. Z hotelu, w którym mieszkała, zostały tylko szczątki. Nie było już też sklepu, do którego czasami zaglądała podczas urlopu. Życie straciły w nim dwie młode dziewczyny. Później dopadł ją psychiczny kryzys.

- Cały dzień przepłakałam, nie mogłam się uspokoić - wspomina.

Czuwał Anioł Stróż

Matka Małgorzaty - Anna Kobus, sołtyska we wsi Gaj, mówi, że nad jej córką czuwał Anioł Stróż.

- Wszystko leży w rękach Boga - dodaje kobieta patrząc na zdjęcia Małgosi zawieszone na ścianie w dużym pokoju. Kobusowie spotkają się z córką, na stałe mieszkającą w Krakowie, zaraz po nowym roku.

Przez te wszystkie dni niepewności za dziewczynę modliła się rodzina, przyjaciele i znajomi ze studiów. Podróże to sposób Małgorzaty na życie. Zwiedziła kawał świata. Do Tajlandii poleciała drugi raz. Wycieczkę wykupiła w niemieckim biurze podróży. Przed wylotem pani Anna miała bardzo złe przeczucia.

- Czułam, że córka nie powinna tam lecieć - dodaje Anna Kobus.

Perła obrócona w pył

Położona nad pięknym Morzem Andamańskim, 860 kilometrów na południe od Bangkoku tajlandzka wyspa Phuket nazywana była perłą. I nie bez powodu. Słynęła z rozłożystych piaszczystych plaż, niezliczonych maleńkich wysepek i granitowych skał schodzących w kryształowe, lazurowe morze. Turyści mogli smakować kraby, wielkie krewetki i langusty pieczone na rusztach. Wieczorami wypoczywać w setkach restauracji, barów i hoteli. Podobnie było w innych krajach rejonu Oceanu Indyjskiego, które dotknęło trzęsienie ziemi i tsunami. Teraz wszystko jest przykryte błotem, spod którego wciąż wyciągane są kolejne ciała.

- Z narzeczonym obiecaliśmy sobie, że nigdy więcej nie polecimy tak daleko. Będziemy zwiedzać Europę. Teraz jak najszybciej chcę się spotkać z rodzicami i mocno ich uściskać. Zapomnieć.

Michał Cessanis

POWRÓT