
|
W Tajlandii
czuwał nad nią Anioł Stróż Przeżyła dzień
zagłady 26-letnia
Małgorzata Kobus z podłódzkiej wsi Gaj wraz ze swoim narzeczonym cała i
zdrowa
wydostała się z tajlandzkiej wyspy Phuket, zniszczonej przez potworne
tsunami.
Od losu dostała nowe życie. Jednak dnia, w którym trzęsienie ziemi i
ogromne
fale zgładziły kilkadziesiąt tysięcy ludzi nigdy nie zapomni. -
Cieszę się, że
jestem już daleko od tego wszystkiego. Nie mogę w to jeszcze uwierzyć -
powiedziała nam Małgorzata Kobus chwilę po wylądowaniu samolotu na
lotnisku w
Berlinie, skąd dzisiaj odleci do Polski. - Koszmar się skończył, jestem
wycieńczona, muszę pozbierać myśli - dodała. Jej podróż z Azji trwała
17
godzin. -
Bogu dziękuję,
że Małgosia żyje - płacze ojciec Wiktor Kobus. Pierwsze
uderzenie Niedziela
zapowiadała się jak poprzednie dni - słoneczna i upalna. Małgorzata
Kobus wraz
ze swoim narzeczonym po śniadaniu mieli pójść na plażę i korzystać z
uroków
przepięknej wyspy Phuket. Było inaczej. W ciągu zaledwie kilku chwil
wyspa zamieniła
się w zbiorową mogiłę przykrytą brunatną wodą. Nie było już
piaszczystej plaży,
ani basenu. Nie było też turystów, z którymi codziennie spotykali się
na
posiłkach. Nie było ekskluzywnych hoteli, deptaków i cudnej zieleni.
Było za to
pełno porozrzucanych ciał. Potworny odór. O tym, co się stało pani
Małgorzata
opowiada z trudem. -
Usłyszałam
szum wody, zupełnie jakby ktoś odkręcił kran, wyjrzałam przez okno w
stronę
morza. Widać już było tylko wielką brunatną falę, która zmiotła
wszystko na
swojej drodze. Zabrała tych, którzy się opalali albo jedli jeszcze
śniadanie w
restauracji i tych kąpiących się w basenie - wspomina. Zatrzęsło się
łóżko Niebezpiecznie
zrobiło się już kilka godzin wcześniej. Około ósmej rano mieszkańcy i
turyści w
Południowej i Południowo-Wschodniej Azji poczuli niewielki wstrząs. -
Zatrzęsło się
łóżko, drzwi stukały o futrynę, ale wtedy to zignorowaliśmy. Gdy
wracaliśmy ze
śniadania, zauważyliśmy bardzo duży odpływ morza. Nikt z obsługi nie
wszczął
alarmu, wróciliśmy do pokoju - dodaje Polka. Małgorzatę
i jej
partnera uratował właśnie powrót do pokoju na trzecim piętrze
położonego tuż
nad brzegiem morza hotelu Bang Thao Beach. Śmiertelna fala nie dotarła
tak
wysoko. -
Chcieliśmy
jeszcze poleniuchować. Zdążyłam się przebrać w kostium, gdy w hotel
uderzyła
pierwsza fala. Ludzie zostali uwięzieni w recepcji i w restauracji.
Nagle do
naszego pokoju wpadł Niemiec, który zostawił swoje dzieci i pobiegł
szukać
żony. Kiedy nadeszła woda ona opalała się przy basenie. Na szczęście
przeżyła -
dodaje Małgorzata Kobus. Po
10, może 15
minutach kolejna fala wtargnęła na ląd. Polska para widząc co się
dzieje,
natychmiast spakowała rzeczy i dokumenty i przez pola uciekła w głąb
lądu, na
tereny wyżej położone. W międzyczasie Małgorzacie udało się wysłać
sms-a do
matki: „Nie wiem, co się dzieje, hotel zalany, wszędzie leżą zabici. To
chyba
atak terrorystyczny. Nam nic się nie stało”. Później
taksówką
dostali się do innego, oddalonego o 6 kilometrów hotelu i dalej na
lotnisko,
gdzie przez kilka dni koczowali razem z setkami innych turystów, którzy
chcieli
jak najszybciej uciec z wyspy. W środę rano wylecieli do Niemiec. Chaos i szok Po
uderzeniu
fali na wyspie zapanował chaos. Do ucieczki rzucili się wszyscy
ocaleni. Wielu
turystów miało na sobie jedynie kostiumy kąpielowe, szorty. Nie było
wody
pitnej, ani łączności telefonicznej. Poturbowani wzajemnie udzielali
sobie
pomocy. Tubylcy przystąpili do grabieży. -
Z hoteli
kradli wszystko, co mogło się im przydać. Wpadli w szał, jak stado
dzikich
małp. W obliczu takiej tragedii podpalali materace, tańczyli i
śpiewali.
Turystom zabierali pieniądze - pani Małgorzacie trudno opanować emocje. Tajki
zaś
poszukiwały swoich dzieci albo klęczały i lamentowały nad zwłokami
najbliższych. -
O tak wielkim
trzęsieniu ziemi dowiedziała się od nas, gdy zadzwoniła do domu. Wtedy
zaczęła
pytać, co ma robić - wspomina Wiktor Kobus. - Była przerażona. Tuż
przed
wylotem Małgorzata Kobus wróciła na miejsce tragedii. Z hotelu, w
którym
mieszkała, zostały tylko szczątki. Nie było już też sklepu, do którego
czasami
zaglądała podczas urlopu. Życie straciły w nim dwie młode dziewczyny.
Później
dopadł ją psychiczny kryzys. -
Cały dzień
przepłakałam, nie mogłam się uspokoić - wspomina. Czuwał Anioł
Stróż Matka
Małgorzaty
- Anna Kobus, sołtyska we wsi Gaj, mówi, że nad jej córką czuwał Anioł
Stróż. -
Wszystko leży
w rękach Boga - dodaje kobieta patrząc na zdjęcia Małgosi zawieszone na
ścianie
w dużym pokoju. Kobusowie spotkają się z córką, na stałe mieszkającą w
Krakowie, zaraz po nowym roku. Przez
te
wszystkie dni niepewności za dziewczynę modliła się rodzina,
przyjaciele i
znajomi ze studiów. Podróże to sposób Małgorzaty na życie. Zwiedziła
kawał
świata. Do Tajlandii poleciała drugi raz. Wycieczkę wykupiła w
niemieckim
biurze podróży. Przed wylotem pani Anna miała bardzo złe przeczucia. -
Czułam, że
córka nie powinna tam lecieć - dodaje Anna Kobus. Perła obrócona w
pył Położona
nad
pięknym Morzem Andamańskim, 860 kilometrów na południe od Bangkoku
tajlandzka
wyspa Phuket nazywana była perłą. I nie bez powodu. Słynęła z
rozłożystych
piaszczystych plaż, niezliczonych maleńkich wysepek i granitowych skał
schodzących w kryształowe, lazurowe morze. Turyści mogli smakować
kraby,
wielkie krewetki i langusty pieczone na rusztach. Wieczorami wypoczywać
w
setkach restauracji, barów i hoteli. Podobnie było w innych krajach
rejonu
Oceanu Indyjskiego, które dotknęło trzęsienie ziemi i tsunami. Teraz
wszystko
jest przykryte błotem, spod którego wciąż wyciągane są kolejne ciała. -
Z narzeczonym
obiecaliśmy sobie, że nigdy więcej nie polecimy tak daleko. Będziemy
zwiedzać
Europę. Teraz jak najszybciej chcę się spotkać z rodzicami i mocno ich
uściskać. Zapomnieć. Michał Cessanis |