Express Ilustrowany 3.09.2005r.

Wycieńczony inwalida wrócił do domu

Maratończyk przeżył koszmar

To miała być dla niego wyprawa życia. Na wózku inwalidzkim chciał dotrzeć do wszystkich stolic państw Unii Europejskiej i udowodnić sobie i innym, że kalectwo to nic takiego. Jednak dla łodzianina Krzysztofa Jarzębskiego podróż przerodziła się w istny koszmar. Wczoraj w nocy, skrajnie wyczerpany, cudem dotarł z powrotem do Polski.

- Nie poddam się. Już myślę o kolejnej wyprawie - zapowiada maratończyk.

Do swojej podróży niepełnosprawny Krzysztof Jarzębski przygotowywał się przez trzy miesiące. Codziennie ćwiczył w siłowni, pokonywał wiele kilometrów po ulicach Łodzi. Jeździł od firmy do firmy i prosił o wsparcie. Przedsiębiorstwo z Ozorkowa podarowało mu nowy wózek inwalidzki. Ale inni przedsiębiorcy nie odpowiedzieli. Zabrakło pomocy finansowej i maratończyk podjął olbrzymie ryzyko: postanowił przejechać Europę na gapę.

Wyruszył w połowie sierpnia. Wszystko szło zgodnie z planem. Pociągiem z dworca Łódź Fabryczna najpierw dotarł do Warszawy, a potem do Berlina, gdzie miał wykonać pierwszy maraton - przejechać na wózku trasę 42 kilometrów i 195 metrów. Nie miał przy sobie pieniędzy i biletu, ale konduktorzy przymknęli oko na inwalidę, który chciał dokonać czegoś niezwykłego.

Na ratunek Polonia

W Berlinie nie było już tak sympatycznie. Chociaż na trzy miesiące przed wyjazdem pan Krzysztof przekazał szczegółowy plan podróży do polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i poprosił o poinformowanie o wszystkim naszych placówek dyplomatycznych w Europie, pracownicy Ambasady RP w Berlinie o maratończyku nic nie wiedzieli i nie został przyjęty. Pierwszą noc łodzianin spędził na dworcu kolejowym.

- Wtedy przyszedł moment załamania. Nie miałem co jeść, czułem się jak bezdomny - wspomina łodzianin.

Nieoczekiwana pomoc nadeszła ze strony Polonii niemieckiej. Polacy mieszkający w Berlinie zorganizowali nocleg u pani Bożeny z polonijnej organizacji. Nakarmiła pana Krzysztofa, a następnego dnia wsadziła go do pociągu jadącego do Holandii, gdzie według planów, w Hadze, miał wykonać kolejny maraton. I gdy wydawało się, że wszystko już będzie dobrze, Krzysztof Jarzębski popadł w większe tarapaty...

Wysiadka z pociągu

Zaledwie dwie stacje przejechał pociągiem relacji Berlin - Haga. Konduktor wysadził gapowicza, który od tej pory błąkał się po ulicach stolicy Niemiec. Przez dwa tygodnie spał na ławkach w miejskich parkach, bo z dworca kolejowego pogonili go policjanci. Zjadł tyle, ile udało mu się wyżebrać. W ciągu dnia z bezsilności wsiadał na wózek i by wyładować swą złość, jeździł do upadłego.

- To był prawdziwy koszmar - wspomina ze łzami w oczach. - Kilka razy próbowano mnie okraść, aż wreszcie tuż przed wyjazdem, w nocy straciłem plecak ze wszystkimi rzeczami. Myślałem, że już nigdy nie wrócę do Polski.

Łodzianinem zainteresowali się przypadkowi przechodnie. Zorganizowali dla niego bilet powrotny do kraju, powiadomili znajomych pana Krzysztofa, że jest cały i zdrowy, i wraca do domu.

- Jestem wykończony, mam gorączkę. Potrzebuję kilku dni, by dojść do siebie - dodaje maratończyk. - Ale będę nadal trenował i jeszcze raz spróbuję podbić Europę.

Michał Cessanis
POWRÓT