|
Wycieńczony
inwalida wrócił do domu Maratończyk
przeżył koszmar To
miała być dla
niego wyprawa życia. Na wózku inwalidzkim chciał dotrzeć do wszystkich
stolic
państw Unii Europejskiej i udowodnić sobie i innym, że kalectwo to nic
takiego.
Jednak dla łodzianina Krzysztofa Jarzębskiego podróż przerodziła się w
istny
koszmar. Wczoraj w nocy, skrajnie wyczerpany, cudem dotarł z powrotem
do
Polski. -
Nie poddam
się. Już myślę o kolejnej wyprawie - zapowiada maratończyk. Do
swojej
podróży niepełnosprawny Krzysztof Jarzębski przygotowywał się przez
trzy
miesiące. Codziennie ćwiczył w siłowni, pokonywał wiele kilometrów po
ulicach
Łodzi. Jeździł od firmy do firmy i prosił o wsparcie. Przedsiębiorstwo
z
Ozorkowa podarowało mu nowy wózek inwalidzki. Ale inni przedsiębiorcy
nie
odpowiedzieli. Zabrakło pomocy finansowej i maratończyk podjął
olbrzymie
ryzyko: postanowił przejechać Europę na gapę. Wyruszył
w
połowie sierpnia. Wszystko szło zgodnie z planem. Pociągiem z dworca
Łódź
Fabryczna najpierw dotarł do Warszawy, a potem do Berlina, gdzie miał
wykonać
pierwszy maraton - przejechać na wózku trasę 42 kilometrów i 195
metrów. Nie
miał przy sobie pieniędzy i biletu, ale konduktorzy przymknęli oko na
inwalidę,
który chciał dokonać czegoś niezwykłego. Na ratunek
Polonia W
Berlinie nie
było już tak sympatycznie. Chociaż na trzy miesiące przed wyjazdem pan
Krzysztof przekazał szczegółowy plan podróży do polskiego Ministerstwa
Spraw
Zagranicznych i poprosił o poinformowanie o wszystkim naszych placówek
dyplomatycznych w Europie, pracownicy Ambasady RP w Berlinie o
maratończyku nic
nie wiedzieli i nie został przyjęty. Pierwszą noc łodzianin spędził na
dworcu
kolejowym. -
Wtedy
przyszedł moment załamania. Nie miałem co jeść, czułem się jak bezdomny
-
wspomina łodzianin. Nieoczekiwana
pomoc nadeszła ze strony Polonii niemieckiej. Polacy mieszkający w
Berlinie
zorganizowali nocleg u pani Bożeny z polonijnej organizacji. Nakarmiła
pana
Krzysztofa, a następnego dnia wsadziła go do pociągu jadącego do
Holandii,
gdzie według planów, w Hadze, miał wykonać kolejny maraton. I gdy
wydawało się,
że wszystko już będzie dobrze, Krzysztof Jarzębski popadł w większe
tarapaty... Wysiadka z
pociągu Zaledwie
dwie
stacje przejechał pociągiem relacji Berlin - Haga. Konduktor wysadził
gapowicza, który od tej pory błąkał się po ulicach stolicy Niemiec.
Przez dwa
tygodnie spał na ławkach w miejskich parkach, bo z dworca kolejowego
pogonili
go policjanci. Zjadł tyle, ile udało mu się wyżebrać. W ciągu dnia z
bezsilności wsiadał na wózek i by wyładować swą złość, jeździł do
upadłego. -
To był
prawdziwy koszmar - wspomina ze łzami w oczach. - Kilka razy próbowano
mnie
okraść, aż wreszcie tuż przed wyjazdem, w nocy straciłem plecak ze
wszystkimi
rzeczami. Myślałem, że już nigdy nie wrócę do Polski. Łodzianinem
zainteresowali
się przypadkowi przechodnie. Zorganizowali dla niego bilet powrotny do
kraju,
powiadomili znajomych pana Krzysztofa, że jest cały i zdrowy, i wraca
do domu. -
Jestem
wykończony, mam gorączkę. Potrzebuję kilku dni, by dojść do siebie -
dodaje
maratończyk. - Ale będę nadal trenował i jeszcze raz spróbuję podbić
Europę. Michał
Cessanis
|