POWRÓT
Michał Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002
NÓŻ W SERCU
MORDERSTWO DOSKONAŁE

   Anna Masłowska żyła samotnie. Była pogodną i przezorną panią. Skończyła 66 lat. Nigdy nie odbierała domofonu, gdy nie była z kimś umówiona. Do mieszkania wpuszczała tylko rodzinę i dobrych znajomych. Trochę pracowała w opiece społecznej. Robiła zakupy kilku podopiecznym, pomagała w domowych porządkach, a w nosidełku przynosiła obiady.
   Do tragedii doszło w listopadzie 1999 roku w mieszkaniu Masłowskiej przy ul. Zgierskiej w Konstantynowie Łódzkim. Kilka miesięcy wcześniej Annę Masłowską zaczepił na przystanku tramwajowym starszy mężczyzna. Mowił, że prowadzi różne interesy. Podobno był z okolic Konina. Usilnie próbował namówić panią Annę do spotkań towarzyskich. Bez rezultatu. Policja przypuszcza, że zaproponował jej także jakiś interes. Być może było to kupno lub zarejestrowanie na nią samochodu. Masłowska na propozycję nie przystała.

Kolega męża

   W sierpniu 1999 roku wyjechała do sanatorium w Wieńcu Zdroju. Tam poznała pewnego łodzianina podającego się za kolegę zmarłego męża. Zaczął zabiegać o względy Anny. Po powrocie z wakacji bardzo chciał związać się z nią na stałe. Według policjantów, ów jegomość był w konflikcie z rodziną lub partnerką, u której mieszkał, toteż na siłę chciał wprowadzić się do konstantynowianki. Masłowska przystała tylko na to, by spędzał u niej weekendy. Kiedy odwiedzali ich sąsiedzi, przyjaciel Anny opowiadał o ślubie i wspólnym życiu.
   - Musiała później tłumaczyć, że o żadnym ślubie nie ma mowy. Tego pana traktowała tylko jak dobrego znajomego - opowiada Dariusz Karpecki, rzecznik prasowy pabianickiej policji.

Zmyłka

   10 listopada 1999 roku leżała martwa na podłodze w dużym pokoju. Zabójca zadał jej jeden cios prosto w serce. Chociaż z mieszkania zniknęły trzy złote pierścionki, wykluczono motyw rabunkowy. Pokoje nie były splądrowane, a zabrana biżuteria miała zmylić policjantów. Pod dywanem w kopercie było ponad 3 tysiące złotych. Tych pieniędzy nikt nie zabrał.
   Zabójca chciał ubrać ciało. Masłowska miała naciągnięte do kolan rajstopy i reformy, tyle że w jedną nogawkę były wciśnięte obie nogi. Według funkcjonariuszy, to również miało ich zmylić, ażeby myśleli, że mord miał podtekst seksualny.
   Jedna z przyjętych wersji wydarzeń mówi, że Annę Masłowską odwiedził wcześniej ktoś znajomy. Być może był to poznany w sanatorium łodzianin. Prawdopodonie coś jedli. Mogło to być śniadanie lub kolacja. Na protezie starszej pani zabezpieczono świeże ślady pożywienia. We krwi miała znikomą ilość alkoholu, jak po jednym kieliszeczku nalewki bądź słabej wódki. Piła bardzo rzadko, a jeśli już, to tylko dla towarzystwa.
   Dlaczego zabił? Może poniosły go emocje, gdy Masłowska stanowczo odmówiła wspólnego mieszkania i ślubu? To jednak tylko kolejne przypuszczenie.

Prowadzi krew

  Zabójca poprzestawiał w mieszkaniu różne przedmioty. Przed przyjściem mógł robić zakupy w pobliskich sklepach i do znajomej zanieść reklamówkę z warzywami. Przyniósł kalafior, kilka cebul i pomidorów. Kiedy odkryto ciało Masłowskiej, kalafior leżał przy oknie w pokoju stołowym, reszta na kuchennym blacie.
   - Córka denatki twierdzi, że mama o tej porze roku nigdy nie kupiłaby kalafiora - dodaje Dariusz Karpecki.
   Musiała się bronić, miała podrapane dłonie. Cios w serce, zadany prawdopodobnie nożem, mógł paść przy stole. Później morderca przeciągnął ciało na dywan w pokoju. Zabrał klucze od mieszkania, umył naczynia po posiłku i zatarł ślady.
   Krople krwi prowadziły właśnie od stołu do miejsca, w którym znaleziono zwłoki. Obok Masłowskiej morderca położył kurtkę dżinsową. W czasie uderzenia mogła wisieć na krześle, na którym siedziała ofiara. Plamy krwi były na plecach i barkach kurtki.
   Nie ma dowodów na to, że Anna Masłowska zaatakowana została na korytarzu i wepchnięta przez napastnika do mieszkania. W dniu odkrycia mordu na kuchni gazowej zapalony był palnik. Masłowska zawsze go włączała, gdy dłużej była w domu. Tak dogrzewała zimą mieszkanie.

Nie przyszedł

  Zabrane przez mordercę pierścionki są bardzo charakterystyczne. Były wykonane ręcznie przez znanego złotnika, Jerzego Własnego, który przed laty w Konstantynowie prowadził warsztat. Oprócz próby na złocie wygrawerowane były inicjały J.W. Być może bandyta pierścionki podarował innym kobietom lub sprzedał.
   Znajomy łodzianin z Anną Masłowską spędził weekend poprzedzający jej śmierć. Chociaż oficjalnie nikt go nie podejrzewa i w sprawie występuje jako świadek, to nieoficjalnie policjanci przyznają, że z zabójstwem może mieć coś wspólnego. Często powtarzał o stałym związku, a nie zjawił się na pogrzebie ukochanej. Z jej rodziną skontaktował się dopiero po miesiącu.
   - Córkę zaczął wypytywać o różne rzeczy, indagował szczegółowo, co ustaliła policja. Tłumaczył, że na pogrzeb nie przyszedł, bo był w szoku. Nasuwa się stwierdzenie, ża zachował się jak spłoszony zając - kończy rzecznik.

Umorzyć, zawiesić

   Przeciwko łodzianinowi, a także innym osobom, nie zgromadzono żadnych dowodów. Policji nie udało się odnaleźć noża, którym zabito Masłowską, nie mówiąc już o pokrwawionym ubraniu mordercy. Zastanawia brak odcisków palców w mieszkaniu.
   Rodzina Anny Masłowskiej jest zbulwersowana działaniem pabianickiej policji oraz prokuratury, która już po czterech miesiącach od zdarzenia wydała decyzję o umorzeniu dochodzenia ze względu na niewykrycie sprawcy. Wtedy córka zamordowanej, Krystyna Kuleta, odwołała się od decyzji i śledztwo wznowiono. Kilka miesięcy później znów je umorzono i po kolejnej interwencji rodziny wznowiono. W marcu tego roku prokuratura ponownie sprawę zawiesiła.
  - Śledztwo od początku było źle prowadzone. Opinia wystawiona przez lekarza biegłego była nieczytelna, a na nową policja czekała dwa lata. Chociaż sąsiadka mojej mamy dzień przed znalezieniem zwłok widziała podejrzanego mężczyznę, policja nawet nie sporządziła jego rysopisu. Mama miała zadrapania, jednak nikomu nie sprawdzono płytek paznokciowych - twierdzi córka.

Podwójnie skrzywdzeni

   Znajomy do Anny Masłowskiej przyjeżdżał z Łodzi tramwajem. Zjawiał się wczesnym rankiem, czasami wieczorem. Funkcjonariusze nie przesłuchali jednak motorniczych, którzy 9 i 10 listopada prowadzili tramwaj linii 43. Przesłuchania innych świadków trwały bardzo krótko, o morderstwie funkcjonariusze rozmawiali z nimi najwyżej po dwadzieścia minut.
  - Czy w takim krotkim czasie można ustalić prawdziwy przebieg wydarzeń i namierzyć sprawcę? - zastanawia się pani Krystyna, która bezskutecznie prosiła o zmianę osób prowadzących dochodzenie. - Myślę, że mamy do czynienia z zawodowym mordercą.
   Rodzina zamordowanej skrzywdzona została podwójnie. Najpierw przez zabójcę, później przez organy ścigania, które przez tyle lat nie potrafiły wsadzić mordercy do więzienia.
  Córka: - Nigdy nie pogodzimy się z tym, co się stało. Mama kochała życie ponad wszystko, dla niej śmierć nie istniała.

M. Cessanis