|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002
POCIĄG ZABIŁ LEKARKĘ
Czwartek,
dochodzi godzina ósma. 58-letnia Dobrochna K. zbliża się do niestrzeżonego
przejazdu kolejowego w Dobroniu. Jedzie do pracy w przychodni, której jest
dyrektorem. Od strony Pabianic pędzi pociąg, a samochód lekarki stoi już
na torach. Kobieta nie reaguje na sygnały alarmowe pociągu.
Maszynista próbuje zatrzymać skład, uruchamia hamulce, jednak pociąg towarowy
siłą rozpędu wbija się w seicento. Rozrywając je na części, ciągnie jeszcze
przez jakieś kilkadziesiąt metrów.
Nie miała
szans
Po kilku minutach na miejscu masakry zbierają się gapie, nadjeżdża straż
pożarna i pogotowie. Dobrochna K. już nie żyje. Ludzie z Dobronia płaczą,
przecież panią doktor znali tyle lat.
Na nasypie leżą dwa wiklinowe kosze i wyrwane siedzenie. Z seicento został
tylko złom. Pociąg relacji Tarnów - Gdańsk wyjechał z Łodzi parę minut
po godzinie siódmej.
- Jechałem sześćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę - opowiada maszynista.
- Nie było szans na wyhamowanie. Jestem trzeźwy, lekarz pobrał mi krew
do badania.
Strażakom z Pabianic przyjechali na pomoc druhowie z Ochotniczej Straży
Pożarnej. Wspólnymi siłami zbierają części od auta rozsypane wzdłuż nasypu,
wyciągają silnik spod pociągu. Przez pół godziny przy użyciu rozpieraczy
i nożyc uwalniali zwłoki.
Lekarka nie miała szans ujść z życiem. Dlaczego nie zjechała z torów?
Czy nie widziała pociągu? A może zgasł silnik? Może próbowała się wydostać?
Pytania pozostaną bez odpowiedzi.
Z powołania
Pabianiczanka z ulicy Kunickiego przychodnią w Dobroniu kierowała od 23
lat. Podwładni mówią, że z pełnym poświęceniem dla dobra pacjentów tyrała
całymi dniami. Nie zdarzyło się, by komukolwiek odmówiła pomocy. Wczoraj
też czekali na nią chorzy.
- Takiego lekarza i takiego szefa nigdy już tu nie będzie - mówi
pracownica przychodni, która nie może powstrzymać łez. - Wcześniej pracowałam
z nią w Łasku, do Dobronia przeszłyśmy w tym samym czasie.
Emerytka Maria Skwarka pracowała w łaskim pogotowiu.
- Dobrochna miała fantastyczną opinię jako lekarz - wspomina. -
Była
gotowa jechać na każde wezwanie. Prawdziwy lekarz z powołania.
Lekarz Katarzyna Chojnacka też dobrze znała tragicznie zmarłą. Jest
w wieku jej córki.
-
Nie mogę się pozbierać po tej wiadomości. Dobrze, że mam wolne, bo nie
mogłabym normalnie pracować - mówi.
Również sąsiedzi są zszokowani tym, co stało się w Dobroniu. Jadwiga,
z domu Hillówna, opowiada, że znali się ich rodzice, razem chodziły
do szkoły podstawowej i II LO. Po maturze ich drogi rozeszły się - Dobrochna
zaczęła studia w Szczecinie - ale były wciąż blisko. Mieszkały przy Kunickiego.
- Busia niosła pomoc wielu sąsiadom, nigdy jej tego nie zapomną. Ja
też mogłam na nią liczyć w ciężkich chwilach. Nasze córki, chociaż nie
chodziły razem do klasy, spędzały ze sobą sporo wolnego czasu. I pomyśleć,
że zginęła, jadąc do potrzebujących. Łączę się w bólu z jej jedyną córką
Katarzyną, siostrą Haliną i pozostałą rodziną. W mojej pamięci Dobrochna
pozostanie jako wrażliwy na cierpienia ludzkie człowiek.
M.
Cessanis
|