POWRÓT
Michał Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002


CUD LUB GŁÓD

  Dom Pomocy Społecznej jest na granicy krachu finansowego. Pieniędzy na prowadzenie działalności może wystarczyć jeszcze tylko na dwa miesiące. Później pensjonariuszom i pracownikom przyjdzie czekać na cud.
   Gotówki nie ma na jedzenie, leki, prąd i ogrzewanie. Na śniadanie emeryci i renciści dostają zupę mleczną z chlebem. Nie tak dawno dodatkowo mogli jeść z rana wędlinę, ser czy warzywa. Otrzymują mniej owoców.

Bunt

   - Takiej sytuacji jeszcze nigdy nie było. Nie wiem, co będzie dalej - mówi załamana dyrektor Maria Chmielewska. - Wyżywienie bardzo się pogorszyło, mieszkańcy zaczęli już to odczuwać i buntują się. Władze powiatu o naszym dramacie zostały poinformowane.
   Jeszcze trzy lata temu dzienna stawka żywieniowa wynosiła 8,20 zł na osobę. Teraz jest to 4,60 zł. Pabianicki DPS nie jest w stanie wykarmić ludzi za taką sumę, dlatego przekracza ją o około złotówkę. Przy planowaniu wyżywienia nie myśli się już o dietetycznych walorach pożywienia dla osób starszych, tylko o tym, że trzeba je nakarmić.
   Pensjonariusze dostają mniej ciasta, ograniczono wypiek bułek drożdżowych. Na okrągło je się za to kaszankę, pasztetową i czarny salceson. A smaku szynki nikt nie pamięta.

Na koszt własny

   W tym roku DPS - dwa budynki przy Łaskiej i Wiejskiej - na funkcjonowanie otrzymał 2 miliony 881 tysięcy złotych. Aby przetrwać do końca roku, trzeba zdobyć najmniej 200 tysięcy złotych, bo tyle ich brakuje. W domach mieszka obecnie 161 pensjonariuszy.
   Sytuacja jest tak zła, że ludzie sami muszą sobie kupować pieluchomajtki czy inne środki higieny. Nie wyjeżdżają już na wycieczki i wczasy. Imprezy kulturalne sprowadzono do minimum, a te, które się odbywają, finansowane są z datków od sponsorów.
   Sponsorów też coraz mniej, bo osoby w podeszłym wieku nie są "nośnym tematem". Co innego dać na dzieci czy osoby niepełnosprawne. Wtedy biznesmeni mówią o wyższym celu.

Martwa inwestycja

   W kolejce na pokój w Domu Pomocy Społecznej czeka około 60 osób. Gdyby udało się dokończyć budowę nowego skrzydła, znaleźliby miejsce. Teraz nową osobę można przyjąć tylko wtedy, gdy umrze jakiś pensjonariusz.
  Budowa skrzydła ciągnie się od 1997 roku. W pierwszym terminie miała być ukończona w październiku 2000 roku. Obecnie mówi się o październiku przyszłego roku.
   - Ten termin jest nierealny - stwierdza M. Chmielewska. - Nawet nie jest zamknięty stan surowy, w niektórych miejscach brakuje dachu. Na dokończenie stanu surowego potrzeba siedemset tysięcy złotych.
   W tym roku na kontynuowanie inwestycji wojewoda nie dał DPS-owi ani złotówki. Nie pomagają lamentujące pisma ani to, że z roku na rok wszystko drożeje.
   W nowym obiekcie miały być pokoje dwu i jednoosobowe, do tego nowoczesne zaplecze kuchenno-magazynowe, a w piwinicach sale terapeutyczne. Przy obecnej zapaści finansowej obiekt pozostał w sferze marzeń.

Będzie kasa?

   Dyrektor Maria Chmielewska, która w domu spokojnej starości pracuje od siedemsnastu lat, nie przypomina sobie, by nawet w czasach głębokiej komuny DPS był bez grosza.
   - Pobyt w domu pomocy społecznej nie może być wegetacją, w której jedyną rozrywką byłoby jedzenie trzy razy dziennie - powtarza.
   Powiedzenie "Złota jesień" w przypadku Pabianic brzmi jak farsa. Trafniejsze jest określenie eutanazja - DPS powoli umiera. W starostwie o problemach wiedzą nie od dziś, spotkań było już wiele.
   Kontrolę nad domem sprawuje Hanna Firlej, która twierdzi, że u wojewody kasę wyprosiła, i do Pabianic płynie już 220 tysięcy złotych. Pracownicy DPS-u o pieniądzach nic nie wiedzą.

M. Cessanis