POWRÓT
Michał Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002


   Feralny kurs zaczął się kilka minut po osiemnastej, gdy autobus MZK ruszył z krańcówki przy dworcu PKP. Niesprawny pojazd i nieuwaga kierowcy doprowadziły do masakry.

Zabójcza jazda

   Przy Grota Roweckiego na "trójkę" czekała 65-letnia Teresa P. Była sobota, 2 lutego. Oprócz niej na przystanku było jeszcze kilka osób. Wsiadły do tego samego autobusu.
   Kiedy pojazd zatrzymał się przy ulicy Warszawskiej, ludzie zaczęli wysiadać. Teresa P. też, lecz drzwi autobusu przytrzasnęły jej rękę. "Trójka" ruszyła. Po przejechaniu kilkunastu metrów, w trakcie skrętu w ulicę Konstantynowską, autobus podrzuciło i kierowca Marek M. wcisnął hamulec. Za autobusem leżało zmasakrowane ciało...
   Koła zmiażdżyły kobiecie głowę, kręgosłup, żebra i miednicę. Podbiegli do niej przechodnie, krzycząc do kierowcy, by wezwał pomoc. Marek M. nadał do bazy, że przejechał kobietę.
   O wypadku pisaliśmy w "Nowym Życiu Pabianic" w artykule "Zmiażdżona przez autobus". Dzisiaj, po zakończeniu prokuratorskiego dochodzenia, piszemy o tym szerzej.

Dziecko świadkiem

   Jedna z pasażerek pechowego autobusu - Maria M., która zgłosiła się na policję po przeczytaniu komunikatu w gazecie - zeznała, że siedziała zaraz za środkowymi drzwiami. Nie widziała przytrzaśniętej ręki i nie zauważyła, by ktoś dobiegał do autobusu. Nie słyszała też żadnych krzyków.
   Masakrę widział natomiast 15-letni Sebastian, który siedział na ławce przy ul. Warszawskiej. Kiedy ruszył autobus, usłyszał krzyk kobiety. Widział, jak pojazd wlecze ją po jezdni.
   - W pewnej chwili oswobodziła rękę i upadła. Autobus najechał na nią przed przejściem dla pieszych - mówił policjantom Sebastian.
   Inny pasażer, Andrzej O., do "trójki" wsiadł równocześnie z Teresą P. Jeszcze gdy siedzieli na przystanku, kobieta była zdenerwowana. Chciała zapalić papierosa, ale z pomysłu zrezygnowała. Nerwowo bawiła się urwanym paskiem od torebki. W pewnej chwili wstała, podeszła do krawężnika, zachwiała się i wróciła na ławkę.
   - Kiedy wysiadłem na Warszawskiej, zobaczyłem, że jej rękę przytrzasnęły drzwi. Krzyczałem, ale kierowca nie usłyszał - zeznał.
   Teresa P. nie była trzeźwa, we krwi miała 2,3 promila alkoholu. Jej córka podała, że mama nie piła, sporadycznie zdarzało się jej u znajomych.

Niesprawny autobus

   Kierowcę MZK, Marka M., prokuratura oskarżyła o nieumyślne spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Mężczyzna jeździ od ponad 25 lat, nigdy wcześniej nie miał nawet kolizji. Na utrzymaniu ma żonę i troje dzieci. Rodzina żyła z jego pensji. Mężczyzna nie może obecnie prowadzić pojazdów, gdyż odebrano mu prawo jazdy. Do zabicia kobiety nie przyznał się. Jest przekonany, że gdy ruszał z przystanku przy Warszawskiej, spojrzał w lusterko i nikogo nie było przy środkowych drzwiach. Kontrolki w kabinie nie zasygnalizowały przeszkody w drzwiach.
   Po wypadku zarządzono kontrolę autobusu. Eksperyment polegał na włożeniu między środkowe drzwi drewnianego klocka. Chociaż po zamknięciu drzwi na konsoli w kabinie kierowcy powinna świecić się lampka ostrzegawcza, to tak się nie stało. Autobus mógł ruszyć w trasę, hamulce nie były zablokowane. Doświadczenie powtórzono trzykrotnie.
   Biegły orzekł, że usterka mogła mieć związek z wypadkiem, jednak kierowca miał możliwość zobaczenia w lusterku Teresy P. Zgodnie z regulaminem MZK, kierowca może ruszyć z przystanku dopiero po upewnieniu się, że żaden z pasażerów nie wchodzi lub nie wychodzi z pojazdu. Według prokuratury oskarżony nie dopełnił tego obowiązku, czym nieumyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa.
   W Sądzie Rejonowym w Pabianicach w najbliższym czasie rozpocznie się proces Marka M. Za wypadek ze skutkiem śmiertelnym grozi mu 8 lat więzienia.

M. Cessanis