POWRÓT
Michał Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002


PIJACKA GEHENNA

   Małgorzata często była bita. Janek potrafił ją uderzyć patelnią, na głowie złamać kij od szczotki lub plastikowe wiadro. Raz nawet wytarzał konkubinę w szkle, po czym zlał wodą. Gehenna w domu przy ulicy Mickiewicza trwała od lat. Wreszcie doszło do tragedii.

Chwycił za nóż

   Spotkali się na początku lat dziewięćdziesiątych, niedługo po tym, jak w Polsce upadł komunizm. Łączyła ich wielka miłość do siebie i do alkoholu. Pili bardzo często, a ich awantury do dzisiaj wspominają sąsiedzi.
   Pewnego dnia Jan leżał na kanapie i wyzywał konkubinę od najgorszych. Wtedy Małgorzata powiedziała, żeby natychmiast się uspokoił, bo nie jest u siebie. Rozzłoszczony chwycił za kuchenny nóż i rzucił nim w ukochaną. Chybił.
   W sierpniu ubiegłego roku Janek wrócił do domu pijany, ona też trzeźwa nie była. Znów zaczęli się kłócić. Małgorzata zahaczyła o segment, któryu runął na ziemię, potłukły się szklane półki i drzwiczki. Konkubent złapał partnerkę, rzucił na ziemię i wytarzał w kawałkach szkła. Później polał ją wodą, a na koniec cisnął w jej głowę plastikowym wiadrem. Z podejrzeniem złamania pokrywy czaszki znalazła się w szpitalu.

Głową o beton

   W Święto Niepodległości tradycyjnie pili - w mieszkaniu u koleżanki obalili litra. W porze obiadowej wyszli i udali się w kierunku swojego domu. Ciężko im się szło, z trudem utrzymywali równowagę. Janek wpadł w szał, zaczął szarpać Małgorzatę, popychać, a gdy się przewracała, kopał ją i dusił. W pewnej chwili wziął kobietę na ręce, przeszedł na drugą stronę ulicy i rzucił na trawnik. Później podniósł i zaniósł na murowane schody wejściowie do Szkoły Podstawowej nr 5.
   Pijanych zauważyła koleżanka córki Małgorzaty. Zaraz pobiegła po Monikę. Córka zaczęła krzyczeć, żeby Janek zostawił mamę w spokoju. Wtedy złapał Małgorzatę i pchnął na betonowe schody. Monika poprosiła kolegów, by pomogli zanieść mamę do domu. Zapukali w okna mieszkania, Janek wyszedł, wziął konkubinę i położył na wersalce. Następnie zamknął mieszkanie i poszedł pić do koleżanki. Gdy wracał następnego dnia rano, spotkał inną znajomą. Razem poszli na Mickiewicza. Próbowali obudzić Małgorzatę, ta jednak nie dawała oznak życia. Nigdy się nie obudziła.
   Lekarz pogotowia, który przybył na miejsce, słyszał, jak Jan na wieść o ciężkim stanie konkubiny rzekł: "O Boże, co ja narobiłem". Przyczyną śmierci kobiety był bardzo ciężki uraz głowy. Spowodowany prawdopodobnie tym, że Jan rzucił Małgorzatę na betonowe schody.

Lubiła się bić?

   Z zeznań świadków wynika, że Jan znęcał się także nad córką Małgorzaty, Moniką. Dziewczynka razem z siostrą mieszkała u babci. Zdarzało się jednak, że nocowała u mamy. Kiedyś w nocy wstała do ubikacji i zapaliła światło. Rozzłoszczony mężczyzna chwycił dziecko i rzucił na kanapę. Potrafił straszyć, że wywiezie Monikę do lasu, wykopie dół i będzie patrzył, jak ona zdycha.
   Siostra Jana W. twierdzi, że brat nigdy w jej obecności nie bił się z konkubiną. Według niej ciężko pracował, a to Małgorzata urządzała alkoholowe libacje. Biła się podobno z wieloma osobami, bo pod wpływem alkoholu stawała się agresywna.
   Jan W. przyznał, że bił partnerkę, ale nie po głowie. Nie pamięta, dlaczego Małgorzata trafiła w sierpniu do szpitala. Mówi, że wtedy pił. Matka Małgorzaty rzadko odwiedzała córkę, bo ta nie chciała, żeby ktoś wtrącał się w jej życie. Ich związek od samego początku był nieudany. Janek chciał zostawić Małgorzatę, gdy zgubiła pierścionek zaręczynowy. Mężczyzna twierdzi, że nigdy nie rzucał w nią nożem, to raczej ona atakowała go różnymi przedmiotami.
   Prokurator oskarżył Jana o znęcanie się psychiczne i fizyczne oraz o śmiertelne pobicie Małgorzaty. Grozi mu do 12 lat pozbawienia wolności. Obecnie do końca września ma przedłużony areszt. Przed sądem stanie być może jeszcze przed wakacjami.

M. Cessanis