|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002
- Przede wszystkim kierowałem się względami wychowawczymi - twierdzi
Antoni T., były dyrektor Zakładu Poprawczego w Ignacewie...
OSKARŻENI WYCHOWAWCY
W czwartek w Sądzie Rejonowym w Pabianicach rozpoczął się proces sześciu
pedagogów, pracowników Zakładu Poprawczego w Ignacewie, oskarżonych o zbyt
częste nagradzanie podopiecznych urlopami. Mężczyźni, zajmując stanowiska
kierownicze, zamiast 60 dni w roku, skazanym za włamania i rozboje pozwalali
pozostawać na wolności nawet o 120 dni dłużej.
Obrońcy oskarżonych wychowawców wnieśli o utajnienie procesu ze względu
na "informacje wagi państwowej", jakie mogą padać na sali. Mówiono też,
że media narobiły już za dużo zamieszania, a ponieważ pensjonariusze poprawczaka
mają dostęp do gazet, radia i telewizji, mało wychowawcze byłoby oglądanie
przez nich opiekunów na ławie oskarżonych. Sąd odrzucił argumenty adwokatów.
Hasali
za długo
Rozporządzenie ministra sprawiedliwości z maja 1997 roku w sprawie zakładów
poprawczych i zasad pobytu w nich nieletnich zakłada, że osadzeni mogą
w nagrodę wyjść na zewnątrz, ale przepustka nie może przekroczyć 60 dni
w roku. O podejrzanych urlopach Prokuraturę Rejonową w Pabianicach powiadomił
prezes Sądu Rejonowego w Sieradzu, w którym trwał proces jednego z wychowanków.
Jak ustalono, proceder trwał od 1998 roku.
Antoni T., były dyrektor placówki, który podał się do dymisji po tym, jak
zataił ucieczkę pięciu wychowanków, przedłużonych urlopów udzielił ponad
trzydziestu chłopcom. Jednemu nawet o 120 dni więcej, inni hasali o kilka
i kilkadziesiąt dni za długo - obliczyła prokuratura. W trakcie śledztwa
zastanawiano się nawet, czy wydłużone urlopy nie miały tuszować niepowrotów
z legalnie wydawanych przepustek.
W trakcie czwartkowej rozprawy Antoni T. nie przyznał się do przekroczenia
uprawnień.
- Po przeanalizowaniu załączonych do akt dokumentów mam wątpliwości co
do zasad naliczania urlopów i przepustek. Rozporządzenie ministra sprawiedliwości
mówiło o sześćdziesięciu dniach, ale nie precyzowało, czy w roku kalendarzowym,
czy w roku szkolnym - mówił na sali Antoni T. Dopiero w
październiku ubiegłego roku w rozporządzeniu pojawił się zapis, że chodzi
o rok kalendarzowy.
Powrót
do społeczeństwa
Były dyrektor opowiadał także o przeludnieniu poprawczaka - chociaż
brakowało miejsc, to wymiar sprawiedliwości kierował nowych skazanych.
Jak twierdzi Antoni T., każde wyjście wychowanka było uzgadniane z rodziną,
a urlopy udzielane na początku roku szkolnego.
- Gdyby każdy przypadek przedłużonych urlopów rozpatrywać jednostkowo,
okazałoby się, że były one uzasadnione - kontynuował oskarżony.
Słowa dyrektora mają znaleźć potwierdzenie w przypadku chłopca, który ubiegał
się o przedterminowe zwolnienie. Kiedy ukończył w czerwcu szkołę, skierował
wniosek do sądu rodzinnego. Ponieważ wydanie decyzji trwało długo, czekając
na wyjście, dostawał kolejne urlopy. Tak wyglądała resocjalizacja w Ignacewie.
- I nie widzę w tym żadnej szkody dla interesu społecznego, gdyż chcieliśmy
przywrócić w ten sposób chłopca społeczeństwu - ripostował Antoni T.
Kolejnym dowodem na niewinność dyrektora ma być historia wychowanka, który
złamał nadgarstek, więc pielęgniarka wnioskowała o przedłużenie urlopu
ze względu na zabiegi rehablitacyjne. Chociaż były przypadki, że wychowankowie
nie wracali w terminie, to dyrektor i wychowawcy przymykali oko, bo ważniejsze
było to, jak zachowywali się podczas pobytu na wolności.
* * *
Łącznie w Ignacewie wystawiono kilkadziesiąt wydłużonych przepustek,
niektórzy wychowankowie korzystali z nich kilkakrotnie.
Z sześciu oskarżonych trzech przyznaje się do zarzutów. Grożą im trzy lata
więzienia. Kolejna rozprawa odbędzie się w kwietniu.
* * *
Tydzień temu informowaliśmy o kolejnej ucieczce trzech wychowanków Ignacewa,
którzy pobili strażnika i wyszli przez drzwi ewakuacyjne. Po tym zdarzeniu
Sąd Okręgowy zapowiedział, że ponownie wystąpi do Ministerstwa Sprawiedliwości
o przerobienie poprawczaka z placówki półotwartej na zamkniętą. Wówczas
nie byłoby mowy o przepustkach, a skazanych, często za najcięższe zbrodnie,
pilnowaliby funkcjonariusze służby więziennej.
M.
Cessanis
|