|
Michał
Cessanis "Nowe Życie Pabianic" 2002
TRAGICZNY FINAŁ SYLWESTRA
Dla
mieszkańców ulicy Narcyza Gryzla witanie Nowego Roku zakończyło się kilka
minut po północy. Na jednej z posesji wybuchł groźny pożar, wywołany rzuconą
petardą. Z dymem poszło co najmniej sto tysięcy złotych.
Nic nie zapowiadało takiego finału zabawy. Właściciel zakładu krawieckiego
- pabianicki sportowiec - razem z żoną i znajomymi tańczyli w lokalu. W
domu byli teściowie i dzieci. O północy nastolatki odpaliły petardy. Pech
chciał, że wybuchowy fajerwerk wpadł do biura przylegającego do szwalni.
I wtedy się zaczęło...
Trujący
obłok
- Zobaczyłam z balkonu gęsty czarny dym. Był tak silny, że moja córka,
która stała przed blokiem, źle się poczuła - opowiada Zdzisława
Antosik, u której na sylwestrze bawiła się cała rodzina. Jej kuzynka
na imprezę wzięła nawet kamerę, żeby sfilmować fajerwerki. Zamiast nich
w powietrzu unosił się trujący obłok.
Mieszkańcy
posesji przylegającej do szwalni pierwsi zaalarmowali straż pożarną.
Sami nie wiedzieli, gdzie się pali, ognia nie było widać. Tylko ten dym...
-
Razem z córką i wnuczkiem wyszliśmy na podwórko - wspomina Joanna
Jończyk, która wykręciła 998. - Dym zauważył mężczyzna, który szedł
ulicą na tyłach szwalni. Jak otworzyłam okno w kuchni, to tak zawiało,
że w mieszkaniu zrobiło się ciemno...
Na ulicę wyskoczył starszy mężczyzna. Biegnąc w stronę ulicy Brackiej,
nagle upadł. Ludzie próbowali go ratować, jednak 65-letni Henryk M. (ojciec
właścicieli zakładu krawieckiego) zmarł na miejscu, prawdopodobnie na zawał.
Zostały
zgliszcza
Trzynastu strażaków ponad dwie godziny walczyło z szalejącym ogniem.
Nie można było dopuścić, by płomienie wydostały się z pomieszczeń biurowych
i wdarły do hali produkcyjnej.
Wnętrze spłonęło doszczętnie, a wraz z nim faks, telewizor, wideo, dystrybutor
wody mineralnej, klimatyzator, meble biurowe. Nic nie zostało z dachu,
na dostawczego mercedesa vito spłynęła zaś topiąca się smoła. Właściciele
zakładu stracili sto tysięcy złotych. Gdyby ogień strawił część produkcyjną,
straty sięgnęłyby kilkuset tysięcy.
W pożarze ucierpiała żona zmarłego Henryka M., która z objawami silnego
zatrucia trafiła do szpitala. Wnuczkom nic się nie stało.
Aż trudno uwierzyć, że przyczyną noworocznego pożaru była zwykła petarda.
Kawałek pirotechnicznej zabawki mógł spowodować jeszcze większą tragedię.
Strażacy nieoficjalnie mówią, że petardę rzucił jeden z synów właścicieli
firmy. Spalony budynek prawdopodobnie nie był ubezpieczony.
Ofiary
petard
Jedna z lokatorek pobliskiego bloku w rozmowie z "NŻP" przyznała, że jakieś
dwa lata temu ktoś wrzucił jej petardę na balkon. Wówczas opaliła się świąteczna
dekoracja. Gdyby szybko nie zareagowała, pożar mógłby objąć całe mieszkanie.
-
Ze środkami pirotechnicznymi trzeba obchodzić się bardzo ostrożnie
-
przypominają strażacy. - Co roku są jakieś wypadki...
Do
pogotowia pabianickiego szpitala w sylwestrową noc trafiło siedem osób.
Miały szczęście, że lekarze nie musieli amputować im palców lub całych
dłoni. Skończyło się na poparzeniach, choć petardy wybuchały im niemal
w rękach.
Siedem lat temu w Pabianicach też odnotowano wstrząsające zdarzenie. Na
przystanku autobusowym przy Szkole Podstawowej nr 9 petarda wybuchła w
dziecięcym wózku. Rzucił ją pasażer przejeżdżającego samochodu. Czteromiesięczna
dziewczynka z oparzeniami drugiego stopnia głowy i podskórnym wylewem krwi
trafiła do szpitala. "Czapeczka dziewczynki była osmalona i mocno poszarpana.
Tak samo wyglądała poduszeczka, na której leżała główka dziecka" - pisało
w 1995 roku "Nowe Życie Pabianic". Mała i jej mama przeżyły istny koszmar.
M.
Cessanis.
|