Islandia

29 października 2020

Islandia: weekend na Marsie

Tagi: ,

Kiedyś o locie na inną planetę mogłem tylko pomarzyć. Aż wreszcie wylądowałem na Islandii.

Wybrałem się na Islandię, by spędzić weekend w krainie lodu i ognia. Pełnej wulkanów, gejzerów, wodospadów i tuneli lawowych. Gdy w drodze z lotniska w Keflavíku do słynnej Błękitnej Laguny, którą magazyn National Geographic zaliczył do 25 cudów świata, przypatrywałem się mijanym krajobrazom, zaczynałem rozumieć, dlaczego właśnie tę wyspę upodobali sobie naukowcy z NASA. Uznali, że geologicznie bardzo przypomina powierzchnię Czerwonej Planety i dlatego utworzyli na niej poligon doświadczalny, gdzie testują m.in. łaziki marsjańskie. 

Przemierzając wyspę, wyobrażałem więc sobie, jak może być na Marsie: na pewno mnóstwo jest kanionów, szczelin, ziemia jest żółtoczarna i spękana… Pewnie nie jest porośnięta intensywnie zielonym mchem jak wulkaniczne skały na Islandii, ale przecież nikt do końca jeszcze jej nie zbadał. Wiadomo na pewno, że panują tam ekstremalne warunki do życia. Czyli jak na Islandii, gdzie w ciągu kilku minut przeżywam cztery pory roku. W jednej chwili leje, świeci słońce, wszystko tonie we mgle, a wiatr jest tak silny, że z trudem mogę wysiąść z samochodu, gdy zajeżdżam do niebieskich gorących źródeł. To pierwsze kosmiczne miejsce na mojej weekendowej trasie.

Jaka piękna katastrofa

Jestem pośrodku ciągnącego się po horyzont pola lawy na półwyspie Reykjanes, tuż nad brzegiem mlecznoniebieskiego jeziora, którego temperatura nie spada poniżej 38 stopni. To spa reklamowane jest jako ulubione miejsce odpoczynku islandzkiej piosenkarki Björk, także Beyoncé czy Kim Kardashian – ale nawet gdyby pluskały się w ciepłej wodzie w tym samym czasie co ja, to przez gęstą mgłę i tak bym ich pewnie nie zauważył. Oddaję się więc relaksowi. Dokładnie tak jak Islandczycy, którzy uwielbiają korzystać z geotermalnych źródeł – to w nich toczy się ich życie towarzyskie. Potrafią tak spędzać nawet kilka godzin w ciągu dnia. I doskonale ich rozumiem.

– Woda w Błękitnej Lagunie jest naturalna, choć to miejsce powstało w sposób niezamierzony. Można nawet powiedzieć, że jest efektem katastrofy ekologicznej, choć my wolimy mówić, że to szczęśliwy przypadek – Karl, którego zagaduję w wodzie, chętnie dzieli się ze mną historią tego miejsca. – Chodzi o to, że to kąpielisko to efekt ludzkiej pomyłki. Otóż położona niedaleko elektrownia Svartsengi zasilana wodą geotermalną ma jej za dużo. Początkowo sądzono, że jej nadmiar zniknie w szczelinach lawowych lub wyparuje, tak się jednak nie stało i z płynącej wody utworzyła się laguna – wyjaśnia.

Tutejsza woda zawiera wiele minerałów. Kąpiel to nie wszystko. Ze specjalnego pojemnika nabieram na dłonie krzemionkowe błoto i smaruję nim twarz – działa złuszczająco i rozświetlająco. Jak tu ciepło, jak błogo… Po takiej godzinie dla siebie, mogłem znów stawić czoło islandzkiej pogodzie.

W skorupce jajka

Ta wyspa to praktycznie jeden wielki wulkan i prawie wszystko, co można tu zobaczyć, jest związane z ich aktywnością. Dlatego z Błękitnej Laguny jadę do tunelu lawowego Raufarhólshellir (po polsku to „jaskinia w pękniętej górze”). Takich miejsc na Islandii jest ponad sześćset. Umówiłem się w nim z Kasią Paluch, Polką, która jest tutaj przewodniczką. Dobrze obserwuj nawigację samochodową. Zwolnij 300 m przed skrętem w lewo, bo go przeoczysz – pisała do mnie w trakcie jazdy. Wiedziała, o czym mówi, bo wyobraźcie sobie mgłę, w której nie widać niczego, dokładnie NICZEGO. Tylko jakimś cudem nie zgubiłem drogi.

Raufarhólshellir to jedna z najdłuższych (1360 m) i najbardziej znanych jaskiń na Islandii. Ma 30 m szerokości i 10 m wysokości. Można do niej wejść tylko z przewodnikiem, w kasku i z latarką. Powstała 5,2 tys. lat temu podczas erupcji wulkanu Leitin. Tunele lawowe to płynąca rzeka lawy, która zastyga tak jak skorupka wokół jajka. To, co jest w środku, jest gorące i dalej płynie w momencie, kiedy erupcja wulkanu się kończy, wypływa i zostaje sama skorupka. Podczas godzinnej wycieczki (można wybrać się też na kilkugodzinną wyprawę) oglądam niezwykłe formacje skalne, jakie utworzyła płynąca lawa. Dopytuję też o żyjące w tutejszych jaskiniach zwierzęta.

– Na Islandii nie ma ani nietoperzy, ani węży. Jedynym organizmem żyjącym w takich tunelach są bakterie. Można je rozpoznać po białym nalocie na skałach. Jest taka teoria, którą właśnie badają astrobiolodzy z NASA, że może to być forma życia, jaka znajduje się właśnie na Marsie – wyjaśnia Kasia. 

Wielka woda

Na chwilę wyszło słońce. Islandczycy mówią, że jeśli nie podoba ci się pogoda, to musisz poczekać kilka minut. Przyznaję, że mają rację, a ja mam szczęście, bo bez przeszkód mogę dojechać do gejzerów położonych w dolinie Haukadalur, niecałe 100 km od tunelu lawowego. To tutaj znajdują się jedne z najsłynniejszych gejzerów na świecie: Strokkur – największy czynny na Islandii, i Geysir, od którego wzięła się nazwa takich form geologicznych używana na całej planecie Ziemia. Po drodze do nich trzeba trzymać się wyznaczonej ścieżki, bo inaczej można wpaść w gorące, bulgocące i dymiące kałuże.

Wokół gejzerów zastaję tłumy widzów spragnionych wielkiego show. Na wystrzał wcale nie trzeba długo czekać. Strokkur wytryskuje co 5–10 min i to z taką siłą, że woda leci na wysokość nawet 40 m. Chwilę później spektakl się powtarza, a widownia klaszcze i wydaje z siebie dźwięki zachwytu we wszystkich językach świata. Położony 50 m dalej Geysir nie cieszy się już tak wielkim zainteresowaniem. Kiedyś był islandzką gwiazdą, jednak jego aktywność z roku na rok maleje, obecnie budzi się głównie podczas trzęsień ziemi. Podczas ostatniego, w 2000 r., dobrze pokazał, co potrafi. Wówczas wyrzucił z siebie wodę na ponad 120 m! A dziś? Wystrzeliwuje jedynie na 10 m i to zaledwie kilka razy w roku. Dlatego zamiast widzów, pełno wokół niego tylko dymu i zapachu siarki.

Nie ma Islandii bez gorących źródeł i lodowców. Oprócz tego, że są atrakcją turystyczną, mają ogromne znaczenie dla kraju. Niemal wszystkie domy ogrzewane są wodą termalną, a w kranach płynie woda z lodowców. Dokładnie taka jak w jednym z najsłynniejszych wodospadów – Gullfoss. Ma ponad 30 m wysokości i spływa nim 1,2 tys. wanien wody na sekundę! Huk zagłusza myśli, a bryza jest taka, że po kilku minutach na jednym z tarasów widokowych jestem cały przemoczony (tym samym na własnej skórze przekonuję się, że na Islandii – jak mówią mieszkańcy – nie ma złej pogody, a jedynie złe ubrania). Ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Dlatego jadę do lodowca, który zasila ten nieziemski wodospad.

Nie z tej ziemi

Langjökull to drugi największy lodowiec na Islandii. Ma powierzchnię ponad 930 km². Żeby do niego dojechać, trzeba mieć samochód terenowy (nie wystarczy napęd na cztery koła, musi mieć wysokie zawieszenie). Dojeżdża się do bazy, z której turystów zabierają ogromne ośmiokołowe samochody transportowe.

Asfaltowa droga zmienia się nagle w tak wyboistą, że łatwo uszkodzić podwozie. Tymczasem krajobraz robi się naprawdę marsjański – teren pokrywa czarny bazaltowy piasek, mijam wydmy i skaliste wzniesienia. Jadę w ślimaczym tempie, wreszcie moje auto odmawia dalszej jazdy (jest za niskie), ostatni fragment drogi do bazy pokonuję więc pieszo.

Dzięki specjalnemu tunelowi, który prowadzi do serca lodowca, można zejść 30 m pod jego powierzchnię. Podziemne korytarze ciągną się przez ponad 400 m. Podczas wyprawy przewodnik opowiada o skutkach globalnego ocieplenia. Według ekologów część lodowców może zniknąć w ciągu najbliższych 80 lat. Właśnie z powodu gazów cieplarnianych każdego roku odbywa się akcja sadzenia drzew wokół Langjökull.

Siadam na jednym z głazów w pobliżu lodowca i próbuję objąć wzrokiem ten cud natury. Lodowiec ciągnie się w nieskończoność. To, co widzę, jednocześnie jest piękne i przerażające. Po prostu nie z tej ziemi

INFORMATOR

Kiedy jechać

Na Islandię najlepiej przyjechać od czerwca do sierpnia. Wtedy jest najcieplej, ok. 15–20°C. Choć pogoda i tak jest nieprzewidywalna. Ja byłem na początku października, kiedy głównie wiało i padało. Jednak wtedy na wyspie zaczyna się sezon na oglądanie zorzy polarnej.

Dojazd

Najszybciej bezpośrednio linią lotniczą Wizz Air. Latem ceny biletów są bardzo wysokie ze względu na okienko pogodowe. Jesienią za bilet w dwie strony trzeba zapłacić ok. 500 zł. wizzair.com

Transport

Na lotnisku w Keflavíku najlepiej wypożyczyć samochód. Dzięki temu przejedziecie całą wyspę, dojedziecie też do Reykjavíku, stolicy Islandii (godzinę drogi od lotniska). Za samochód na trzy dni zapłaciłem ok. 1 tys. zł. Ważne, abyście upewnili się w wypożyczalni, czego nie obejmuje ubezpieczenie – np. dozwolona może być jazda jedynie po drogach asfaltowych, a zjazd np. na szutrową drogę, gdzie łatwo uszkodzić auto, już nie będzie ujęty w polisie i za wszystkie szkody trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni. Koniecznie też sfotografujcie auto przed odebraniem z wypożyczalni i zgłoście wszystkie zauważone rysy, wgniecenia itp. Inaczej możecie być obciążeni za ich powstanie.

Noclegi

W hostelu w Reykjavíku łóżko w sali wieloosobowej kosztuje od ok. 200 zł za noc.

Hotele są drogie. Ceny pokoi 2-osobowych zaczynają się od 400 zł za noc, bez śniadania. booking.com

Jedzenie

Jest drogie. W drodze żywiłem się więc kabanosami zabranymi z Polski i niestety islandzkim fast foodem: pizzą i hamburgerami. Warto jednak szukać promocji lanczowych – w jednej cenie można kilka razy podchodzić do bufetu. W hotelach znajdziecie informatory o Islandii z kuponami zniżkowymi m.in. do restauracji i pubów.

Zakupy spożywcze najlepiej robić w marketach sieci Bonus, gdzie ceny produktów są zdecydowanie niższe niż w innych sklepach, ale i tak jest nawet dwa, trzy razy drożej niż w Polsce.

Warto wiedzieć

W Reykjavíku warto kupić kartę miejską, za City Card na 24 godz. zapłacicie 3,9 tys. islandzkich koron, czyli ok. 120 zł, 2-dniowa to wydatek 5,5 tys. koron, czyli 170 zł. Dzięki karcie będziecie mieć darmowy transport w mieście, bezpłatne wejścia do muzeów czy galerii oraz do basenów termalnych.

Za wejście do tunelu lawowego Raufarhólshellir trzeba zapłacić ponad 200 zł, dzieci wchodzą za darmo.

Ceny biletów do Błękitnej Laguny zaczynają się od ok. 200 zł (wejście po godz. 20), a kończą na 2,5 tys. zł (m.in. z zabiegami spa). bluelagoon.com

Oglądanie atrakcji naturalnych: gejzerów czy np. wodospadu Gullfoss, jest bezpłatne.

Jeśli chcielibyście kupić słynne islandzkie wzorzyste wełniane swetry lopapeysa, to przygotujcie się na wielki wydatek – w sklepach mogą kosztować nawet tysiąc złotych. Taniej można kupić swetry używane, ale w bardzo dobrym stanie na pchlim targu, np. Kolaportid w Reykjavíku. Tam też dostaniecie sól wulkaniczną oraz suszone ryby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *