Polska, W 48 godzin

27 października 2020

W krainie 44 wysp

Tagi: ,

Piechotą, rowerem i katamaranem. Tak zwiedzałem Pomorze Zachodnie. I odkryłem polską Amazonię.

Zamówiłem dla ciebie znakomitą pogodę – Tomek Olechwir, mój przewodnik w weekendowej wyprawie przez Pomorze Zachodnie, mówi to z takim przekonaniem, że nie mam powodów, by mu nie wierzyć. W końcu to geograf morza, klimatolog, doktor nauk o ziemi i facet, który po prostu uwielbia naturę, ufa też magicznej mocy bursztynu – symbolowi szczęścia i zdrowia, który ma zawsze przy sobie. I faktem jest, że szczęście i zdrowie podczas tej wyprawy nas nie opuszczały. Jeszcze przed przyjazdem do krainy 44 wysp poprosiłem Tomka, by był to pobyt aktywny. Dzięki temu poznałem jego ulubione miejsca, przemierzając je lądem, wodą i zachwycając się nimi niemal z lotu ptaka.

Czerwonym szlakiem przez plażę

Tak, słowo zachwyt towarzyszyło mi przez cały weekend. Pierwszy pojawił się tuż po dotarciu do jednej z najspokojniejszych miejscowości na wybrzeżu – Wisełki. Kameralna, z drewnianymi willami, w których można zamieszkać, i z jeziorem Wisełka idealnym do kąpieli dla tych, którym za zimno w zimnym Bałtyku. Stąd wyruszamy szlakiem czerwonym przez klify Wolińskiego Parku Narodowego w stronę morza. Do pokonania mamy ok. 20 km plaży. Zanim jednak staniemy na piasku, krętymi leśnymi ścieżkami wśród najstarszych dębów w parku, mającymi nawet po 300 lat, wspinamy się do pierwszej atrakcji. To latarnia Kikut położona pomiędzy latarnią w Niechorzu a tą w Świnoujściu, znajdująca się na Szlaku Latarni Morskich. Nie można jej zwiedzać, można za to przy niej chwilę odpocząć i ruszyć dalej.

Drugi zachwyt pojawia się, gdy wchodzimy na plażę, która w internecie nazwana jest najpiękniejszą nad Bałtykiem i nie mam zamiaru w ogóle z tym polemizować. Szeroka, piaszczysta, u stóp najwyższych klifów nad polskim morzem. Oprócz nas nie ma na niej nikogo. Dosłownie NIKOGO. Idealne miejsce na trekking i przemyślenie różnych spraw. Ale też na to, by popracować nad kondycją i przyjrzeć się naturze.

Zastanawialiście się kiedykolwiek, jakie rośliny rosną przy plaży? Przyznaję, że ja nigdy. Ale kiedy dowiedzieć się tego, jeśli nie teraz, podczas spaceru z kijkami. Weźmy na przykład taką hokenię piaskową, rukwiel nadmorską, solankę kolczystą czy wydmuchrzycę piaskową, które dzięki swym sztywnym mięsistym pędom i liściom odgrywają dużą rolę w powstawaniu wydm – zatrzymują się na nich pędzone wiatrem ziarenka piasku. A zasypane szybko rosną, rozgałęziają się i wznoszą ponad jego poziom. Jednak najbardziej niezwykłą rośliną porastającą wolińskie klify jest rokitnik zwyczajny. Pomarańczowe owoce tego krzewu mają bardzo wysoką zawartość witaminy C, produkuje się z nich dżemy, soki i nalewki. – Oczywiście z krzewów uprawnych, a nie tych z Wolina, które są pod ścisłą ochroną – przypomina Tomek. Dzięki tablicom ustawionym na szlaku wyczytacie jeszcze więcej ciekawostek o florze i faunie wybrzeża.

Idąc brzegiem morza wzdłuż klifów w stronę najwyższego z nich – wzgórza Gosań (93 m n.p.m.), zbaczając na chwilę z trasy po kolejny zachwyt, jakim jest ukryte w parku jezioro Gardno, drugie co do głębokości, najpiękniejsze i najczystsze jezioro na wyspie Wolin – dochodzimy do wąskiej kamienistej plaży, na której leży sporo głazów narzutowych. – Rozpoznasz je? – pyta przewodnik, jednak widząc moje coraz większe oczy, woli sam odpowiedzieć na to pytanie. – Leżą tu piaskowce, diabazy, granity, porfiry. Ojczyzną tych głazów jest Skandynawia, dno morza i kraje nadbałtyckie. Przywlókł je tutaj lądolód skandynawski – wyjaśnia.

Trekking nad Bałtykiem daje mi taki zastrzyk energii i wiatru w kije, że na ostatnim odcinku trasy do Międzyzdrojów już się nie zatrzymuję. To czas na rozmowę z sobą samym, która zawsze oczyszcza głowę.

Na koniec dnia, już samochodem, Tomek zabiera mnie w jeszcze jedno niezwykłe miejsce – do grodziska w Lubinie. Położone na najwyższym punkcie nad Zalewem Szczecińskim jest pozostałością po wczesnośredniowiecznym grodzie (odkryto tutaj fundamenty najstarszego na Pomorzu kościoła z XII–XIII w., a także pozostałości średniowiecznej baszty mieszkalnej oraz przykościelne cmentarzysko). To także najpiękniejsza część wyspy Wolin.

Z tarasów widokowych otwartych od maja do września (a po sezonie po umówieniu się z właścicielami) – wstęp tylko 5 zł – niemal z lotu ptaka podziwiam panoramę Zalewu Szczecińskiego z archipelagiem 44 wysp, rozlewiska wstecznej delty rzeki Świny i jezioro Wicko Wielkie.

Mogę też wybić na pamiątkę arabskiego dirhama – ponad sto takich monet z 951 r. było w odnalezionym tutaj skarbie. Ja jednak wolę rozłożyć się na leżaku, w barze zamówić smażonego sandacza oraz lokalne piwo Bosman, którego historia sięga 1848 r., i tylko pstrykać panoramiczne fotki. Po tak intensywnym dniu taki relaks po prostu mi się należał.

Pan żubr we własnej osobie

Tuż po wschodzie słońca jestem już w przydomowym ogrodzie Tomka na wyspie Karsibór, która kilka lat temu stała się dla niego, jak sam o niej mówi, „centrum spraw życiowych”. Tam czeka na mnie Natalia, instruktorka jogi, która prowadzi zajęcia nie tylko dla sąsiadów, ale i letników. Spałem w domku dla gości, który każdy może wynająć i doświadczyć niezwykłej gościnności gospodarza oraz jego przyjaciół. I spokoju, którego w sezonie letnim brak w zapchanym centrum Świnoujścia. Ćwiczenia z Natalią traktuję jak lekarstwo na zakwasy po nadmorskim trekkingu. Po godzinie rozciągającej jogi z elementami medytacji, a także śniadaniu i mocnej kawie moje ciało i umysł gotowe są na kolejny intensywny dzień. Tym razem w roli głównej będzie rower.

Zanim jednak wsiądę na bicykla i dotrę do Fortu Gerharda, odwiedzam największą atrakcję Wolińskiego Parku Narodowego – zagrodę pokazową żubrów, które chciałem zobaczyć na własne oczy. W Wolinie od 1976 r. odtwarzany jest ich gatunek.

– Mamy teraz pięć żubrów dorosłych i jednego malca, ma tydzień. Cały czas pilnowany jest przez matkę Posawę. Mały byczek nie ma jeszcze imienia, pewnie jak zwykle zostanie wybrane w konkursie – mówi Marek Dylawerski, wicedyrektor Wolińskiego Parku Narodowego, który oprowadza mnie po zagrodzie i dzięki niemu mogę ją zobaczyć od kuchni. – Jesteśmy w trakcie rekonstrukcji stada. W ubiegłym roku wysłaliśmy dwa żubry do Francji, jednego do Puszczy Boreckiej i jednego do Gołuchowa. Nasze dwa stare byki wymienimy teraz na młodsze zwierzęta z innej hodowli. Wszystko to odbywa się pod kontrolą – wyjaśnia. – Nie zbliżaj się tylko do ogrodzenia, ponieważ żubry mogą się zdenerwować. A w trzy sekundy potrafią rozpędzić się do 60 km/godz. i przeskoczyć dwumetrowe ogrodzenie – ostrzega.

Życie mi miłe, więc oglądam inne zwierzaki. Na terenie zagrody znalazło się miejsce także dla wyleczonych albo wychowywanych przez człowieka dzików, saren czy jeleni, które nie poradziłyby sobie, żyjąc na wolności. Niewykluczone, że do nich dołączą też niedźwiedzie występujące wcześniej w cyrkach. Oj, będą tu miały spokój na emeryturze…

Saper zaprasza do fortu

Przesiadamy się na rowery. Z Karsiboru do Fortu Gerharda mamy do pokonania 15 km przez mało uczęszczane drogi wśród pól, łąk i ścieżkami rowerowymi. Po niecałej godzinie dojeżdżamy do miejsca, którego nie mogłem sobie odpuścić. W końcu to jeden z „7 nowych cudów Polski”. Takim tytułem Fort Gerharda nagrodzili kilka lat temu czytelnicy Travelera.

Nazywany też Fortem Wschodnim, wchodzący w skład fortyfikacji Twierdzy Świnoujście, należy do najlepiej zachowanych XIX-wiecznych fortów pruskich w Europie. Dzisiaj można tu zobaczyć unikalną kolekcję militariów pokazującą historię twierdzy na przestrzeni 300 lat. Ale nie myślcie, że czeka was nudne zwiedzanie zakurzonych eksponatów, które można podziwiać tylko przez szybę w gablotach.

– Historii trzeba dotknąć, dlatego nasze muzeum jest żywe. Pokazujemy różne zakamarki, opowiadamy, jak wyglądała w nim wojskowa codzienność – mówi Piotr Piwowarczyk, dzierżawca tego miejsca, który ściągnął do pracy w forcie innych pasjonatów militariów. – W wojsku byłem saperem. Kiedyś znalazłem się w pobliżu fortu, rozminowywałem baterię poniemiecką. A przy okazji wszedłem na latarnię morską w Świnoujściu, najwyższą na polskim wybrzeżu, i zobaczyłem ten fort. Matka natura obłożyła to wszystko takim zielonym całunem. Weszliśmy z kolegami na jego teren. Zrobił na mnie takie wrażenie, że pomyślałem o tym, by stworzyć tu coś fajnego dla mieszkańców, i wydzierżawiłem go od miasta. No a potem zostaliśmy tym cudem – opowiada Piotr. Przewodnicy w historycznych mundurach, musztrując, oprowadzają nas po terenie. – Baczność, spocznij, w prawo zwrot, w lewo zwrot. Tragedia, nierówno, masakra – krzyczy żołnierz Marcin. A my, niczym kadeci armii pruskiej, przechodzimy przyśpieszone szkolenie wojskowe. Zaglądamy też do kazamatów, kaponier, składu amunicji i magazynu broni. A potem jeszcze w Muzeum Obrony Wybrzeża oglądamy kolekcję mundurów, armat, dokumenty i najróżniejsze pamiątki po żołnie-rzach. Dla pasjonatów historii to wycieczka na cały dzień. Ja nie mam tyle czasu, bo jeszcze chcę wejść na szczyt wspomnianej latarni (68 m), która swoim światłem po raz pierwszy rozbłysła w grudniu 1857 r.

Po pokonaniu 308 schodów znów zachwycam się wybrzeżem. Widać stąd nie tylko szerokie plaże, naszą trasę rowerową, ale też redę, przy której statki czekają na wpłynięcie do portu, i stawę Młyny, charakterystyczny znak nawigacyjny w kształcie wiatraka z 1874 r., przy którym każdy urlopowicz robi sobie pamiątkowe zdjęcie. Miejscowi opowiadają związaną z nim legendę o niejakiej Alicji, żonie marynarza, który za każdym powrotem z morza miał coraz mniej wigoru. Tajemniczy głos podpowiedział jej, by męża wysłała do wiatraka. Tak też zrobiła. Po wizycie u młynarza i okładach z mąki, błota, spacerach oraz morskich kąpielach Krzysztof odmłodniał. Niestety potem młynarz umarł i sekret zabiegów zabrał do grobu. Na moje szczęście odmładzających okładów (jeszcze) nie potrzebuję.

Krowy z polskiej Amazonii

To co najlepsze Tomek zostawił na ostatni wieczór. Z mariny Karsibór, przed zachodem słońca, wyposażeni w lornetki wyruszamy katamaranem Wodniczka po wstecznej delcie Świny (rzeka podczas silnych wiatrów często, zamiast płynąć do morza, płynie w głąb lądu). Na rejs po polskiej Amazonii dołącza do nas Rysiek Szczepański, właściciel statku.

Trasa przebiega wzdłuż linii brzegowej, wąskimi cieśninami pomiędzy malowniczymi wyspami i wysepkami. Słońce jest coraz niżej, porastająca wyspy trzcina robi się intensywnie żółta i zielona, a przez lornetki dostrzegamy coraz więcej ptaków: wodniczek, perkozów dwuczubych, bielików, kani, derkaczy czy batalionów. Na statku mamy czas na rozmowę o krainie 44 wysp, które powstawały na przestrzeni 3 tys. lat. – Liczba wysp jest umowna. Niektóre się wynurzają, niektóre zanurzają, w zależności od pory roku. Trzcina porastająca wyspy jest ich podstawą. Gdyby nie ona, nie miałyby naturalnego elementu scalającego. Na zewnątrz wysp tworzy się naturalny wał, a w środku jest niecka. To idealne siedliska dla ptaków, których jest tutaj ponad 150 gatunków – opowiada Tomek.

Ale nie tylko ptaki mają tutaj raj. Zajadając wędzone i pieczone ryby (leszcze, śledzie, węgorze), pokonując labirynt szuwarów, łąk i zarośli, dopływamy do wysp, na których… wypasa się kilkaset krów! Skąd się wzięły w polskiej Amazonii? Żyją tutaj od maja do września (z lądu przewożone są barkami) i jako naturalne kosiarki tworzą miejsca dla ptasich siedlisk. Na wyspach wybudowano dla nich chaty, w których mogą się schronić przed deszczem. Ogromny teren (ponad 400 ha) mają niemal tylko dla siebie. – Łatwiej je tu przywieźć, niż po sezonie zabrać do obór. No bo kto by chciał opuszczać taki raj? – pyta Rysiek. A ja tylko przytakuję i robię jeszcze więcej zdjęć, by kawałek tego miejsca uszczknąć dla siebie.

Informacje praktyczne
Dojazd

Najszybciej dolecieć z Warszawy do Szczecina-Goleniowa (bilet LOT-u kosztował 200 zł) i wypożyczyć auto. Podróż własnym samochodem do Świnoujścia z centrum Polski to 7 godz. jazdy.

Noclegi

Spałem na wyspie Karsibór w Ustroniu Karsiborskim. To domek dla gości u Tomka Olechwira: z sypialnią dla trzech osób, kuchnią i łazienką. Można też odpocząć w hamaku zawieszonym
w ogrodzie i pospacerować po spokojnej wyspie. Są także rowery. Cena za dobę od 200 zł.

Jedzenie

Polecam restaurację Port w Międzyzdrojach, w której zjadłem przepyszną flądrę i znakomite marynowane śledzie; port-miedzyzdroje.pl. n Drugim sprawdzonym miejscem jest Marina Karsibór, skąd zamówiliśmy ryby na rejs po delcie wstecznej Świny. W marinie wędzą łososie, węgorze, dorsze i halibuty; karsibor.com.pl.

Także w Szczecinie znalazłem dobre miejsce na rybę. To Paprykarz Fish Market. Swą nazwę zawdzięcza regionalnemu przysmakowi, którym lata temu zajadała się cała Polska, a dziś wraca do łask; paprykarz.com.pl.

Płyń w rejs

Rysiek ma dwa katamarany i różne trasy rejsów. Ta po 44 wyspach jest najpopularniejsza. Bilet kosztuje 40 zł, płynie się 2 godz.; narozlewisku.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *