Serbia i Czarnogóra

21 października 2019

Dwa światy: Serbia i Czarnogóra

Tagi: , , , , ,

Do Serbii pojechałem przeżyć muzyczne katharsis, do Czarnogóry zaś po to, by odpocząć po hulankach. I tak odnalazłem nowych przyjaciół.

Zaczęło się jeszcze w Belgradzie, w pierwszą noc po przylocie. Wystarczyło zaczepić parę młodych ludzi i spytać, jak dojść na uliczkę Skadarlija, najbardziej znaną w mieście, mekkę lokalnych artystów przesiadujących w tutejszych restauracjach i słuchających muzyki na żywo. To był dobry wstęp do tego, co czekało mnie następnego dnia w położonej na zachodzie Serbii Guczy, gdzie co roku w sierpniu odbywa się największy i najsłynniejszy na Bałkanach festiwal orkiestr dętych. 

Para nieznajomych nie tylko zaprowadziła mnie na uliczkę, ale zaprosiła też do stołu w restauracji Dwa Jelenie, która karmi od 1832 r. Ponoć uwielbiał w niej jadać Josip Broz-Tito, przywódca dawnej Jugosławii. Skoro jadał tu Tito, to możemy jeść i my – głosi napis na ścianie. Na stole pojawiają się kupus – kapusta z żeberkami, i kobasica – pikantna kiełbasa. Do tego sałatka szopska i dużo piwa. Przy stole nie rozmawiamy za wiele, bo orkiestry dęte dające swoje popisy zagłuszają każdą rozmowę. Za chwilę zaczynają się tańce na ulicy i tak nam mija pół nocy.

Wesoły autobus

Jakimś cudem rano udaje mi się zdążyć na autobus do Guczy. Na dworcu w Belgradzie tłumy pasażerów jadących, tak jak ja, posłuchać muzyki i zapomnieć o całym świecie. – Uważaj tam na siebie, nie pij tyle, ile miejscowi, bo to niebezpieczne. No i baw się, bo drugiego takiego miejsca jak Gucza nie ma na Bałkanach – rzuciła na pożegnanie Ivana Milanović, koleżanka z Belgradu. Wiedziała, co mówi. Serbowie zaczęli polewać rakiję jeszcze w autobusie, tuż po przejechaniu pierwszego skrzyżowania od dworca. Może dzięki temu kilkugodzinna podróż tak szybko mi minęła. 

Nikola Brocić na powitanie w swoim domu w Guczy też częstuje mnie rakiją. Wynająłem u niego pokój, choć za o wiele mniejsze pieniądze mogłem rozbić namiot (gdybym go miał) na polu obok willi z ogrodem. Miejsca pod dachem, jak i na kempingu zapełniły się w ciągu kilku godzin. Bo do Guczy na festiwal ściągają niewyobrażalne tłumy gości, w tym bardzo wielu Polaków, którzy urządzają obozowisko właśnie u Brocicia. Przez cztery dni muzycznego święta w miasteczku zamieszkałym przez dwa tysiące osób przewija się nawet kilkaset tysięcy gości (osiem lat temu padł rekord: przyjechało 700 tys. osób). Na festiwal zjeżdżają muzycy z różnych stron Bałkanów, ale nie tylko, bo na ulicach grają i Francuzi, i Portugalczycy, ale też i Polacy – nasza Bum Bum Orkestar po każdym występie dostawała duże brawa. 

Definicja szczęścia

– Większość z nas to samouki, gramy po ojcu i dziadku, prosto z serca, tak jak czujemy – opowiada Dragan Pavlović, muzyk z zespołu Dragacevske Trube, który mieszka po sąsiedzku z Nikolą Brociciem. – Trąbka towarzyszy Serbom na każdej uroczystości: na weselach, chrztach, żniwach, gdy żegna się młodych chłopaków idących do wojska i gdy żegna się kogoś na zawsze – podkreśla Dragan. Za każdym razem grają z taką werwą, że nogi same rwą się do tańca. Po koncercie i po kilku kieliszeczkach rakii pytam bębniarza Marko Bumbarevicia o serbską definicję szczęścia. – Szczęście dają nam muzyka, zabawa i miłość. Tak, miłość jest najważniejsza – Marko powtarza to kilka razy.

Miłość dla Marka jest tak ważna jak dla Cygana Romea, bohatera filmu Gucza. Pojedynek na trąbki. Wciela się w niego Marko Marković, jeden z najpopularniejszych serbskich trębaczy i wokalistów, syn tutejszej muzycznej gwiazdy – Bobana Markovicia. To historia jak z Romea i Julii, tyle że ze szczęśliwym zakończeniem. On biedny artysta, a jego jasnowłosa wybranka z porządnego domu. Zdobywa ją, dopiero gdy podczas festiwalu trębaczy wygrywa w muzycznym pojedynku z jej ojcem. I tym samym zwycięża miłość. Historia prosta, ale film wart obejrzenia, bo wszystko dzieje się naprawdę podczas festiwalu trębaczy, którzy grają tak, że ciarki przechodzą po ciele. A wszyscy słuchacze, nie tylko ci z filmu, wpadają w jakiś rodzaj ekstazy, muzycznego szaleństwa, może nawet transu. Bo w Guczy nie liczy się, kim jesteś, co robisz, skąd przybywasz. Tutaj po prostu masz się bawić.

A zabawa zaczyna się wcześnie. O poranku najpierw słychać wybuchy, trzy głośne wystrzały niczym z armaty. Huk jest taki, że roznosi się po całym miasteczku. Chwilę później, punktualnie o godz. 7, parada muzyków budzi nawet tych, którzy dopiero polegli po nocnych szaleństwach. Muzykę słychać tu wszędzie, orkiestry grają na każdym skrzyżowaniu, w każdej restauracji, na głównej scenie na niewielkim stadionie i przed domem kultury w samym centrum. Ćwiczą na parkingach dla aut, pod niewielkim kościółkiem, na tyłach ogródków piwnych, gdzie od rana na wolnym ogniu pieczą się barany i prosiaki, a w glinianych garach dochodzi kupus. Totalny muzyczny chaos, bo każdy gra tak głośno, jakby chciał zagłuszyć nie tylko swoje myśli, ale też ogłuszyć biesiadników. 

Nocna zmiana

Po trzech dniach ogłuszania przenoszę się więc do spokojniejszego świata, by odpocząć po rozrywkowych dniach i nocach. Nocnym autobusem przejeżdżam z Guczy do Zatoki Kotorskiej. I swój pobyt w Czarnogórze od razu zaczynam z wysokiego C. 

Dzięki poznanej w drodze Elenie Lilijaniec trafiam do miejsca, którego 15 lat temu na mapie Czarnogóry w ogóle nie było. To wioska Porto Montenegro przypominająca architekturą włoskie miasta, nawiązująca tym samym do historii Czarnogóry – to Wenecjanie nadali temu miejscu nazwę „Monte Negro”. Zbudowana z takim rozmachem, że co chwilę patrząc na kolejne budynki, powtarzam „amazing”, ale czegoś takiego naprawdę jeszcze nie widziałem. Pieniądze zainwestowali tutaj Dubajczycy, zmieniając teren dawnej stoczni i okoliczne pola w nową architektoniczną perłę wybrzeża. I tak: jest tu ogromna marina, przy której cumują jachty i łodzie motorowe (port ma aspiracje do zostania największym tego typu w Europie), luksusowe sklepy, apartamenty do kupienia (chętnie nabywają je tutaj także Polacy), hotele i eleganccy spacerowicze przechadzający się deptakiem.

Elena proponuje muzyczny wieczór w hotelu Regent. Akurat występuje gitarowy duet z Czarnogóry Bulatović & Nikčević, dobrze znany melomanom na świecie. Przyjmuję zaproszenie i przeżywam kolejną po trębaczach z Guczy muzyczną ekscytację. To wirtuozi, których muzyka jest mieszanką czarnogórskich rytmów z dźwiękami z całego świata. Uczta dla ucha i dla duszy. A po zachodzie słońca jeszcze raz oglądam rozświetlone Porto Montenegro i przypominam sobie opis Zatoki Kotorskiej znaleziony w jednym z oficjalnych przewodników, który co prawda odnosi się do dawnej architektury, ale idealnie pasuje także tutaj: „symbioza natury i dzieła rąk ludzkich”.

W tył zwrot

Rankiem płynę łodzią po zatoce. W korytach dawnych rzek morze wryło się w ląd prawie 30 km, tworząc urokliwe mniejsze i większe zatoczki, cieśniny. Z morza wyłaniają się góry, wysepki, na brzegach wyrastają miasteczka ze starymi kościołami, domami z kamienia, małymi marinami i restauracyjkami. Tę harmonię zakłócają jednak gigantyczne wycieczkowce wpływające do Kotoru.

W sezonie letnim od maja do września wpływa ich tutaj ponad pół tysiąca (!), czemu coraz głośniej sprzeciwiają się Czarnogórcy. I faktycznie, lawina turystów przetaczająca się przez Stare Miasto w Kotorze powoduje, że natychmiast stamtąd uciekam. Na szczęście przewodniczka Azemina Badzić rozumie mój w tył zwrot. Radzi wynająć rower i wybrać się do portowego miasteczka Perast, 12 km od Kotoru, u podnóża góry Kason. Co też robię. Jego początki sięgają XIV w., a w 1979 r., po wielkim trzęsieniu ziemi, podczas którego wiele budynków bardzo ucierpiało, wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Za 5 euro wypływam stąd obejrzeć Wyspę Matki Boskiej na Skale, jedyną sztucznie utworzoną wyspę na Adriatyku, z barokowym kościółkiem, w którym wota składali przez wieki i prosili o bezpieczne życie tutejsi rybacy. 

Samochód od anioła

Do Perast wracam na obiad, by w cieniu dawnych pałaców i kościelnych wież skosztować owoców morza. A przy okazji spotkać prawdziwego anioła. Gordan Glomazić, koszykarz z Porto Montenegro, który siedział przy stoliku obok, w koszykówkę grał m.in. w Nowym Jorku, gdzie poznał pewnego Polaka, do dziś wiernego przyjaciela. Zna wiele słów po polsku, tych niecenzuralnych również, które zaczął w pewnym momencie wrzucać jak przecinki do swego języka. 

– Wyglądasz na dobrego człowieka, jeśli tylko chcesz, dam ci mój samochód, żebyś wybrał się nad Jezioro Szkoderskie – zaproponował na koniec spotkania. Nie wierzyłem do chwili, aż następnego dnia jego mama w domu w Tivacie wręczyła mi kluczyki do auta (on sam wyjechał do pracy). I tak po kilku godzinach jazdy znalazłem się nad brzegiem największego jeziora na Bałkanach, na granicy Czarnogóry i Albanii. 

Wypływam w dwugodzinny rejs łodzią należącą do przyjaciela Gordana – Steva. Jezioro Szkoderskie to raj dla miłośników ptactwa. Żyje tu ich ponad 280 gatunków, a więc połowa wszystkich występujących w Europie. Stevo co chwila wskazuje mi kormorany, czaple, tamaryszki, głuszce, dzierlatki i inne, których nazw nie pamiętam. I podkreśla z dumą, że piękniejsza część jeziora jest oczywiście po stronie Czarnogóry. Zajadam się młodym kozim serem z miodem i popijam czerwone wino produkcji Steva. Na koniec rejsu jeszcze raz dopytuję, ile za niego płacę. I znowu słyszę, że przyjaciele Gordana nie płacą. Jak dobrze mieć przyjaciół na Bałkanach.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Lato na Bałkanach jest upalne, dlatego najlepiej pojechać wiosną albo wczesną jesienią. Jeśli jednak wybieracie się na festiwal trębaczy, musicie pojechać do Serbii w sierpniu i przetrwać temperatury dochodzące do 36°C.

Zarówno w Serbii, jak i w Czarnogórze turyści nie potrzebują wiz. Chociaż kraje nie są w Unii Europejskiej, można do nich wjechać na dowód osobisty.

Walutą w Serbii jest dinar; 

100 RSD = 3,65 zł.

Walutą w Czarnogórze jest euro.

Leciałem LOT-em z Warszawy do Belgradu, a wracałem z Podgoricy. Za bilet zapłaciłem ok. 600 zł w dwie strony; lot.com.

Z Belgradu do Guczy jechałem autobusem. Podobnie jak z Guczy do Kotoru w Czarnogórze. Bilety kupowałem w serwisie  busticket4.me. Pierwszy przejazd kosztował ok. 40 zł, a drugi dalszy (autobus jedzie 10 godz.) 85 zł. W Belgradzie jeździłem tanimi taksówkami, są oczywiście autobusy, ale na wielu przystankach nie ma rozkładu, zaczyna się więc gra w ciuciubabkę.

W Belgradzie spałem w butikowym hotelu TownHouse27 w samym centrum; townhouse27.com.

W Guczy podczas trzydniowego festiwalu sprzedawane są pakiety pobytowe po 115 euro od osoby w prywatnych domach – trzy noclegi ze śniadaniem. Rozbicie namiotu na kempingu to wydatek 5 euro za noc.

W Zatoce Kotorskiej spałem dwie noce w hotelu Regent Porto Montenegro. Pokój dwuosobowy kosztował ok. 850 zł za dobę; regenthotels.com. Dwie kolejne noce spędziłem za 70 euro w wynajętym mieszkaniu w miejscowości Dobrota.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *