Chiny

1 sierpnia 2019

Święty i pikantny Syczuan

Tagi: , , , ,

Moim celem w Syczuanie była święta góra Emei i rezerwat pandy wielkiej. I najlepsze w Chinach, odrętwiająco pikantne jedzenie.

Kiedyś obejrzałem dokument o niejakim Wang Antingu, który w swoim małym domu przy ul. Wufu 23 w Chengdu zgromadził dwie tony pamiątek po przewodniczącym Mao. Bardzo chciałem je zobaczyć i dlatego pojechałem pierwszy raz do Syczuanu. Jednak na wielkim placu Tianfu z pomnikiem Mao, któremu klaszczą fontanny, pojawiły się pierwsze znaki, że coś jest nie tak. Policjanci pytani o Wanga odwracali głowy, udając, że nie rozumieją. Napotkani ludzie powtarzali si i pokazywali znak w górę. Kiedy dotarłem przed parterowy domek, drzwi były zamknięte. Wreszcie do mnie dotarło, że pan Wang zmarł, a si to przecież śmierć. Kolekcjoner odszedł tuż przed moim przybyciem. Jego zwłoki zabrał syn, nie wiadomo, gdzie je pochował ani co się stało z pamiątkami. Wyciszyła się też we mnie ciekawość do Mao, ale pozostała fascynacja Syczuanem.

Pielgrzymka na wschód słońca

Emei Shan w południowej części prowincji jest jedną z czterech chińskich świętych gór buddyzmu. Wznosi się na wysokość 3099 m. Żeby wspiąć się na jej złoty szczyt ponad chmurami, potrzeba zarezerwować dwa dni. Warto, zwłaszcza jeśli ma się ochotę obserwować, jak wschodzi i zachodzi słońce, a jest to widok olśniewający. Kolejny dzień zajmuje zejście.

Chiny_Syczuan13

Do pokonania są tysiące schodów wykutych w kamieniu albo ułożonych z betonowych kloców. Szlaki prowadzą w górę, w dół, momentami ma się wrażenie, że zdają się nie mieć końca. Wysiłek opłacony jest jednak wspaniałą scenerią tysiącletnich drzew, szemrzącymi strumieniami, wodospadami, łukowatymi mostkami.

Chiny_Syczuan7

Na zboczach góry są liczne stare świątynie i klasztory buddyjskie, ale celem jest szczyt, gdzie już w I w. mnisi postawili pierwszą w Chinach świątynię buddyjską. Przez niemal dwa tysiące lat był to kierunek duchowych pielgrzymek, dziś miejsce stało się też popularną atrakcją turystyczną. Drogę na górę można więc pokonać także busem, kolejką linową bądź w… lektyce.

Chiny_Syczuan8

Tak zielonych Chin jak na Emei Shan nie widziałem wcześniej. Święte góry w Kotlinie Syczuańskiej porastają bambusowe lasy, po drzewach skaczą makaki tybetańskie, które co rusz wskakują na turystów i próbują dobrać się do ich plecaków z prowiantem. Na wszelki wypadek dobrze jest mieć solidny kij bambusowy (sprzedają go po trasie za juana), a przewodniki radzą też stanąć w rozkroku i krzyczeć ile tchu. To ponoć działa na makaki. Nie próbowałem walczyć
z małpami, poddałem się i oddałem im swoje jedzenie.

Trasa jest malownicza, Chińczycy cenią Emei za dziewiczą przyrodę. Górę porasta wiele nigdzie indziej niespotykanych okazów orchidei, rododendronów, kamelii.

Chiny_Syczuan11

Przy świątyniach rosną nanmu, które wydają się wysokie aż do nieba. To z ich pni powstają kolumny podpierające tutejsze dachy klasztorów. Są i niewystępujące już nigdzie naturalnie miłorzęby, które tutaj przetrwały dzięki mnichom. Sadzili je w przyklasztornych ogrodach jako rośliny lecznicze. Ich owoce hamują ponoć pożądanie seksualne. Wypatrujcie też dzikich róż, które mnisi „udomowili” i tak trafiły one do Europy. Odnajdując w sobie miłośnika roślin, ledwo zdążyłem przed zmrokiem do swojej bazy, świątyni Hongchun położonej na wysokości ok. 1120 m n.p.m.

Chiny_Syczuan10

Następnego dnia jeszcze przed wschodem słońca byłem już na szlaku. Kij za juana przydał się jako podpórka – wędrówka w górę jest bowiem naprawdę wyczerpująca. Kolejny nocleg także zamierzałem spędzić w starym klasztorze, ale niestety nie było miejsc i nocowałem w tanim hotelu. O poranku stanąłem ponad chmurami na złotym szczycie. Ziemia i niebo miały ten sam ciemnofioletowy kolor, chmury z każdą chwilą stawały się coraz jaśniejsze, różowe. W dalszej kolejności pojawił się fioletowy łuk, później granatowo-różowe półkole. Tak nad Syczuanem wzeszło słońce.

Chiny_Syczuan12

Syczuan słynie ze świętych gór takich jak Emei Shan, która razem z gigantycznym, ponad 70-metrowym posągiem Wielkiego Buddy z pobliskiego Leshanu znalazły się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Jest też Jiuzhai Gou, jeden z najbardziej malowniczych rezerwatów w Chinach ze stoma błękitnymi jeziorami, o których legenda mówi, że to okruchy rozbitego lustra tybetańskiej bogini Semo. Syczuan to także Bifengxia, największy na świecie naturalny rezerwat dla pand w mieście Ya’An, niecałe dwie godziny jazdy autobusem od Chengdu.

Ginący świat pand

W tej zielonej oazie stworzono dom dla 20 zwierząt. Niektóre z nich przeżyły wielkie trzęsienie ziemi w 2008 r. Bifengxia ocalała w przeciwieństwie do Narodowego Rezerwatu Przyrody Wolong, który gdy zatrzęsła się ziemia, w jednej chwili zamienił się w grobowiec dla kilkunastu pand. Dla naukowców zajmujących się reprodukcją zagrożonego gatunku, żyjącego na wolności tylko w Chinach, był to ogromny cios. Nic więc dziwnego, że pandzie o imieniu Guo Guo, która po kataklizmie trafiła do ośrodka w 119. dniu ciąży, cały kraj kibicował, by doczekała szczęśliwego rozwiązania. Guo Guo urodziła dwoje dzieci.

Chiny_Syczuan6

Prof. Zhi Lu, biolożka z Uniwersytetu Pekińskiego, wspomina, że było to ogromne wydarzenie. Lu zajmuje się ochroną zagrożonych gatunków, m.in. irbisów czy tybetańskiego niedźwiedzia brunatnego. I jest chińskim autorytetem w sprawach pand. Napisała o nich kilka książek, ale też reportaże dla chińskiego National Geographic. Wie, w jakich warunkach powinny żyć pandy, by mogły się rozmnażać, i dlaczego jest z tym taki problem. – Wystarczą im lasy bambusowe i spokój. Wtedy będzie ich coraz więcej. Niestety w Chinach bardzo ograniczono im życie – na wolności występują jedynie w trzech prowincjach, a wiele lat temu można je było spotkać w całym kraju. Przez wycinkę lasów, ale też kłusownictwo, pandy znalazły się na granicy wymarcia. I chociaż dzisiaj jest już zdecydowanie lepiej, bo rośnie populacja pand żyjących na wolności, to wciąż trzeba uczyć ludzi, czego nie powinno się robić, by nie niszczyć ich siedlisk – podkreśla Zhi Lu.

Chiny_Syczuan5

W ośrodku Bifengxia jestem w porze karmienia. Wtedy pandy są najbardziej aktywne. Po solidnej porcji pędów bambusa (dziennie zjadają nawet 25 kg) rozkładają się leniwie i czekają na kolację. Obserwuję małe, które tak chętnie pokazują telewizje na świecie. W ośrodku były akurat cztery puszyste kulki, które zaledwie dwa miesiące wcześniej przyszły na świat. Nie opiekują się nimi matki, lecz wolontariusze. Karmią, wyczesują i tulą, by te „dobra narodowe”, jak piszą o nich chińskie gazety, nie zdechły z braku ciepła i matczynego dotyku. Pandy już tak mają, że zawsze wychowują tylko jedno małe, resztę porzucając. I pewnie nie pomoże im reedukacja serwowana przez ludzkich opiekunów. Chińczycy puszczają im na wybiegach filmy o tym, jak matki powinny zajmować się dziećmi. Nie znam się na psychologii zwierząt, nie wiem, czy jest to rodzaj show dla turystów, czy może jednak opiekunowie pand wiedzą dobrze, co zrobić, by ich było coraz więcej.

Pikantna uczta

Ma la. To ważne słowo w życiu Chińczyków z Syczuanu. Towarzyszy im od rana do zmierzchu w malutkich barach rozstawianych na ulicach, serwujących szaszłyki z węglowych grilli i w eleganckich restauracjach na ul. Tongzilin, na którą mieszkańcy Chengdu, stolicy regionu, mówią z dumą „Europejska”. Tam przychodzi się zjeść wyborne dania wychodzące spod ręki mistrzów kuchni szkolonych na powołanym 30 lat temu Syczuańskim Wyższym Instytucie Kulinarnym, który z błogosławieństwem partii ma za zadanie kultywować chińskie tradycje kulinarne.

Chiny_Syczuan15

Ma to „mrowienie”, la oznacza „ostry”. Na ten odrętwiająco pikantny smak „pracują” pieprz syczuański, pasta chili-fasolowa, sól, cukier i wino ryżowe. Bez tego
i wielu innych smaków, np. kwaśno-ostrego (suan la), pachnącego rybą (yu xiang), w którym zresztą są tylko imbir, czosnek, pasta paprykowa, cebula, sos sojowy, czerwony ocet i sól, nie byłoby kuchni syczuańskiej. W ogóle trudno byłoby mówić o kuchni chińskiej.

Chiny_Syczuan4

W Syczuanie je się naprawdę bardzo ostro. Nie ma mowy o potrawach bez ostrej papryki chili, którą do Chin przywieźli w XVI w. z Ameryki portugalscy kupcy, bez cebuli, czosnku, imbiru i syczuańskiego pieprzu. Dlatego gdy od kelnera usłyszycie la, bądźcie przygotowani, że zdrętwieją wam usta i języki jak po znieczuleniu u dentysty.

Chiny_Syczuan1

W Chengdu próbowałem jedzenia na uroczej ul. Jinli, obok świątyni Wuhou, niedaleko kwartału tybetańskiego. Jadało się na niej blisko dwa tysiące lat temu, w czasach dynastii Qin i Han i epoce Trzech Królestw. Jada się i dziś. Pełno tu restauracyjek, budek z jedzeniem, urokliwych herbaciarni w cieniu wielkich drzew. Jako wszystkożerca wybrałem syczuańską specjalność, jaką jest mapo doufu, tłumaczone jako tofu ospowatej staruszki, czyli mielone mięso, tofu i chili w wywarze z imbiru. Pewien Chińczyk wytłumaczy mi, że pikantne jedzenie ma im pomóc przetrwać wilgotny i duszny klimat i przywrócić zachwianą przez niego równowagę jin-jang.

Chiny_Syczuan3

– W Chengdu wszędzie zjesz dobrze – zapewnił mnie Zhang Qinglhong, sąsiad właściciela taniego hostelu w jednym z luksusowych apartamentowców na strzeżonym osiedlu. Właściciela, Chińczyka Toby’ego, nie było. Wyjechał do Tajlandii. Zostawił mi jednak karteczkę, że jego rodzice znają tylko chiński i pod jego nieobecność mogę zamieszkać w jego pokoju. Bomba.

Chiny_Syczuan2

Wynająłem u niego w domu namiot ustawiony pośrodku salonu w hostelu. To była najtańsza opcja, ale namiot zabrał do Tajlandii. Zapowiadało się więc dobrze. Do tego Qinglhong został moim tłumaczem. A wieczorem razem ze swoją żoną i rodzicami zabrał mnie do knajpki po sąsiedzku. Cztery stoliki, dwie lodówki, rozklekotany klimatyzator. Przy każdej ławeczce wiaderka na resztki po jedzeniu. Menu nie było wyszukane, jak zresztą wszystko wokół.

Chiny_Syczuan14

Na długie wykałaczki młoda Chinka nadziewała kawałki kurczaka, wieprzowiny, ryb, owoców morza, a do tego plastry ziemniaków, grzybów i pędy bambusa. Na talerzyk wysypywała chili, by mięso, po wyjęciu z ostrego oleju, dodatkowo wzmocnić. Chińczycy kilka razy pytali, czy na pewno lubię la. Potwierdzająco kiwałem głową, choć łzy płynęły mi po policzkach. Ale ja naprawdę lubię odrętwiająco pikantny smak Syczuanu.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Pogoda:

Syczuan dzieli się na trzy regiony: południowo-zachodni, północno-zachodni i wschodni z Chengdu. W tym ostatnim pogodę porównuje się do aury Londynu, bo często jest pochmurno i mglisto; najlepiej jechać wiosną lub wczesną jesienią, gdy temperatura wynosi ok. 26°C, pora deszczowa trwa od maja do września. Na północy jest długa zima, lato nie należy do ciepłych, ale za to jest bardzo słonecznie – 2,5 tys. godzin słońca w ciągu roku. W górach na południowym zachodzie pogoda zależy od wysokości. n W dolinach od października do kwietnia jest pora sucha. 

Wiza i waluta:

Jeśli wybieramy się do Chin na dłużej, musimy mieć wizę turystyczną, którą wyrobić trzeba w Ambasadzie Chin w Warszawie, pl.china-embassy.org.

Walutą jest juan; 1 RMB = ok. 60 gr.

Dojazd:

Z Polski do Chin z przesiadką w Finlandii najwięcej połączeń oferują linie lotnicze Finnair. Do Helsinek można polecieć z Warszawy, Krakowa i Gdańska i dalej do Chongqingu, Pekinu, Szanghaju i Xi’anu. Ceny biletów zaczynają się od 1900 zł, finnair.com.

Z Chongqingu do Chengdu najprościej dojechać pociągiem. Podróż trwa 2,5 godz. Bilet w drugiej klasie kosztuje 96 juanów, czyli ok. 50 zł. Po Chengdu najtaniej poruszać się metrem i autobusami (bilety od 1 zł), ale tanie są również taksówki.

Nocleg:

Najtaniej w hostelach, gdzie ceny za łóżko zaczynają się od 25 zł. Polecam Toby Flags International Youth Hostel w pobliżu stacji metra Tongzilin. To przestronne mieszkanie z kuchnią, łazienką i szybkim internetem. Nocleg na kanapie w salonie kosztuje 120 zł za tydzień, a pokój jednoosobowy na 7 dni ok. 400 zł. booking.com

Jedzenie:

W ulicznych barach za obiad, czyli np. siedem szaszłyków i butelkę piwa, zapłacicie ok. 7–9 zł. W restauracjach jest drożej. Kolacja może kosztować ok. 100 juanów od osoby, czyli ok. 60 zł.

Zakupy:

Chengdu to zakupowy raj. Na każdej ulicy znajdziecie sklepy z ubraniami czy herbatą i słodyczami, jak ciastka ryżowe. Warto przywieźć przyprawy kupione np. w jednej z budek na ul. Jinli oraz jedwabne piżamy i kołdry, a także np. bambusowe naczynia. Najwięcej sklepów jest przy ul. Chunxi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *