Sri Lanka

Sri Lanka – szalona jazda

Wyspę najlepiej poznać tuk-tukiem i przez okna trzeciej klasy niebieskiego ekspresu.

Tuk-tuki można spotkać na Sri Lance wszędzie. W stolicy Kolombo, między plantacjami herbaty, nad brzegiem oceanu. Przeważnie widywałem czerwone, błękitne, zielone, czasem czarne. Rząd zabronił je ozdabiać wymyślnie, więc kierowcy ograniczają się do naklejek i mądrości. Na karoserii pojawia się jakaś gwiazda Bollywoodu, Bob Marley, piracka bandera albo sentencje po angielsku, które można przetłumaczyć: „Nie zawsze jest Boże Narodzenie”, „Życie nie jest niczym”, „Ach, pozwól mi przyjść dziś w nocy w twoich marzeniach”.

Na wyspie jest zarejestrowanych już około miliona tych pojazdów. Na miejscu używana jest też nazwa bajaj, od indyjskiej firmy, która je produkuje (inne marki to m.in. Piaggio). Są tanie i oszczędzają czas. – Jeśli podróż publicznym transportem trwa 2 godz., to tuk-tukiem dojadę w 30 min – mówi Lanka Senanayake, lankijski inżynier, a w wolnym czasie fotograf, który pokazuje piękne krajobrazy Sri lanki na Instagramie.

Każdą moją podróż tuk-tukiem poprzedzały więc negocjacje z kierowcą według schematu: „Ile kosztuje? Co?! Tak drogo? Nie, dziękuję”. A następnie odchodziłem. Zazwyczaj kiedy tylko się odwróciłem, słyszałem „OK, OK”. Czyli to działa. Tuk-tukiem dojedziecie w każde miejsce, ale czasami będzie to jazda jak z szaloną zakonnicą w filmach z Louisem de Funèsem. Trzymajcie się mocno, pasów bezpieczeństwa w tuk-tukach nie ma. W końcu to Nieformalny Transport Publiczny, jak nazywa to rząd. Nie wszystkie przepisy obowiązują.

Procesje, słonie i bajaje

Tego lata byłem m.in. w Kandy i zamieszkałem na wzgórzach otaczających miasto. Droga w górę i w dół to niemalże szlak dla nepalskich szerpów. Kierowca wynajętej toyoty mocno się trudził, w wielu momentach, np. na zakręcie, było za wąsko na dwa auta. Tymczasem tuk-tuk zawsze znalazł sobie miejsce na drodze. Hotel na szczycie stromej góry wybrałem celowo – uciekając od smrodu spalin, hałasu bębnów, piszczałek i wystrojonych słoni.

Otóż trafiłem do Kandy w wyjątkowym czasie, kiedy na przełomie lipca i sierpnia, w zależności od kalendarza księżycowego, odbywają się tam niezwykle barwne procesje wyznawców Buddy, Wisznu, Kataragamy i bogini Pattini – Esala Perahera. Początki tego święta sięgają aż III w. p.n.e., kiedy modlono się do bogów o deszcz. Później dołączono do tego uroczystości na cześć relikwii zęba Buddy, która jest przechowywana w Kandy.

Przez 15 dni miasto żyje tylko festiwalem. Każdego wieczoru tancerze oświetlani pochodniami tańczą w rytm bębnów i trąb, inni niosą flagi, po nich kolejni tancerze, fleciści, a dalej ogromne słonie, wystrojone i skute ciężkimi łańcuchami.

Miasto przeżywa wręcz oblężenie turystów i miejscowych. Pielgrzymi całymi rodzinami, z dziećmi, z niepełnosprawnymi rodzicami koczują na okrągło dzień i noc na ulicy, jedzą tam, śpią i czekają na wieczorne procesje. Kandy jest totalnie zablokowane, poogradzane metalowymi płotami, do tego mnóstwo patroli policji i punktów kontroli bagażu.

Tłumy napierają na siebie z każdej strony, w małych uliczkach dusi zapach spalin tuk-tuków i pochodni z poprzedniego wieczoru. Jest to tak intensywne – emocje, doznania – że po jednym dniu miałem dosyć tłumów, hałasu i braku świeżego powietrza. W zakorkowanym Kandy, przy 30 stopniach i dużej wilgotności naprawdę trudno oddychać. Dlatego hotel nad miastem zatopiony w zieleni i nieco na odludziu okazał się strzałem w dziesiątkę.

Tuk-tuk był też niezastąpiony kilka dni później, kiedy pojechałem w prawdziwe góry i zatrzymałem się w małym pensjonacie Ella Hide View z widokiem na zielone szczyty powyżej mekki backpackerów, miejscowości Ella. Właściciele zbudowali swój domek na tarasie usypanym z kamieni i worków z piaskiem. Turystów prawie wcale, żaden samochód w tamte rejony nie dociera. A wynajęty trójkołowiec oczywiście, że tak. Miałem tu wszystko, czego potrzebowałem: ciszę, pyszne śniadania, najsłodsze owoce, jakie kiedykolwiek jadłem, i internet, bo jednak lubię mieć kontakt ze światem.

Nad brzegiem oceanu

Zielone góry i błękitne niebo wyciszyły mnie po rozedrganym Kandy. Ale plaże nad oceanem, na południowym wybrzeżu, to jest dopiero raj. Moim zdaniem nie ma piękniejszych. Hotelik, w którym się zatrzymałem – Ganesh Garden w Tangalle – to wymarzony zakątek na wakacje, przez cały rok zresztą. Bungalowy, krzywe palmy kokosowe, hamaki i błękitny ocean. Z tyłu ekologiczne domki z gliny i laguna. Po jednej stronie szum fal oceanu, po drugiej – spokój zmącony czasem przez ogromnego warana wbiegającego do jeziora albo krzyk małp lub ptaków. Dziś jest tam jak w folderach biura podróży, ale zdjęcia w recepcji przypominają o strasznej tragedii. W 2004 r. ośrodek przykryły fale tsunami wywołane trzęsieniem ziemi u wybrzeży Sumatry. Pierwsza fala miała 2,5 m wysokości, trzecia – sięgała już 6 m. To było ogromne nieszczęście dla całego kraju zniszczonego dopiero co wojną. Życie straciło dziesiątki tysięcy osób, kolejne setki tysięcy błąkało się po kraju, nie mając gdzie się podziać. Ganesh Garden został również zniszczony. Jego właściciel Nihal Wedaarachchi odbudował hotel.

– Byłem młody, miałem siły i zapał. Widziałem też wokół mnóstwo nieszczęść ludzi, wielu przecież znałem. Wtedy też poczułem, że muszę im pomóc, i założyłem fundację – opowiada Nihal. Działa ona do dziś. 13 lat po tsunami wciąż są ludzie, całe rodziny, które potrzebują wsparcia.

Pociąg na szerokich torach

Sri Lankę można też zwiedzać koleją. To wersja dla tych, którzy mają dużo czasu, ponieważ pociągi jeżdżą wolno, spóźniają się. Ale za to jadą przepięknymi trasami, a dodatkowo dla miłośników kolei są podróżą w XIX wiek.

Wybrałem poranny, niebieski ekspres głównej linii nazywany tu pieszczotliwie Podi Menike, czyli Mała Dziewczynka. 290 km krętych torów, mostów, 40 tuneli. Podczas jazdy z otwartych okien i drzwi pociągu widać zbocza porośnięte plantacjami herbaty, mgły nad lasem deszczowym, wodospady, małe idylliczne stacje, na których zatrzymał się czas i wyglądają jak makiety kolejek budowane przez hobbystów. Trasa jest jak z obrazków, pociąg się nie spieszy, czasem sunie 15 km/godz., a często po prostu staje w jakimś malowniczym miejscu, bo jest awaria. A później rusza, powoli, tak że nie wiadomo, czy to już. Szarpnięcie i lokomotywa ciągnie wagony. Sri Lanka ma kolej od połowy XIX w. Zbudowano ją w praktycznym celu. W samym sercu wyspy na najwyższych wysokościach położone są plantacje herbaty, są uprawiane: cynamon, pieprz
i inne przyprawy. Pociągi służyły i wciąż służą do transportu towarów.

Od XIX w. wiele się nie zmieniło. Np. szerokie na półtora metra tory, bo pociąg zakręcający na górskich serpentynach jest na nich bardziej stabilny. Kiedy lokomotywa z wagonami przejadą, chodzą po nich ludzie – przed wiekami tory służyły za drogi i zwyczaj przetrwał do dziś, choć jest to zabronione. Są też stare stacje zbudowane jeszcze w czasach kolonializmu i trudno w to uwierzyć, ale wciąż sterują ruchem mechanizmy, które wówczas zamontowano. Jak na początku, tak i teraz są kartonikowe bilety, drewniane szafki na pocztę. Są wagony pierwszej, drugiej i trzeciej klasy. W „pierwszej” są: klimatyzacja, wygodne fotele i zamknięte okna. Zieloną Sri Lankę turyści oglądają zza szyb. A w wagonie klasy trzeciej okna i drzwi były otwarte. Za klimatyzację służą stare wiatraki zawieszone u sufitu. Jeśli nie ma miejsc na siedzeniach, to można spocząć na podłodze. Jest bar z przekąskami, obsługa proponuje gorącą, słodką herbatę z mlekiem, mocno pikantne przekąski, popcorn z chili. Razem ze mną jechały rodziny z dziećmi, z Holandii i z Japonii. Uwierzcie, maluchy dały radę.

INFORMATOR

  • Pogoda na Sri Lance przez cały rok jest podobna. W ciągu dnia świeci słońce, a wieczorem pada monsunowy deszcz. Sezon turystyczny trwa od sierpnia do lutego.
  • Trzeba mieć wizę. Najszybciej można ją wyrobić przez internet na stronie eta.gov.lk. Dokument ważny 30 dni kosztuje ok. 20 dol.
  • Walutą jest rupia lankijska; 100 LKR = 2,35 zł.
  • Dojazd samolotem, np. linią Qatar Airways z Warszawy z przesiadką w Dosze. n Bilet kupiłem w promocji za 2100 zł, qatarairways.com.
  • Wyspę można zwiedzać autobusami. To najtańsza opcja podróżowania, bilet z Dambulli do Kandy to wydatek ok. 2,5 zł (72 km). Koniecznie wybierzcie się w podróż pociągiem, np. z Kandy do Elli. Trasa wśród herbacianych wzgórz uznawana jest za najpiękniejszą na świecie, a bilety są bardzo tanie – ok. 6 zł za 7-godzinną podróż. Kupuje się je na dworcu.
  • Jeśli podróżujecie w kilka osób, to polecam także wynajęcie auta z kierowcą. Moim był Malith Presahnthana, mammothmalith@gmail.com, i byłem z niego zadowolony (dobrze jeździ, nie wciska wizyt w drogich fabrykach i ogrodach przypraw).
  • Po miastach i bliskiej okolicy poruszajcie się tuk-tukami.
  • Za pokój 2-osobowy płaciłem od 15 do 25 dol. W Negombo – miasteczku 10 km od lotniska, spałem w Ocean View Tourist Guest House, w Kandy wybrałem The Hills Lodge (położony na wzgórzach, ale z trudnym dojazdem). W Elli mieszkałem w Ella Hide View z zachwycającym widokiem na herbaciane wzgórza. W Tangalle spałem nad samym oceanem w Ganesh Garden – domki na plaży, pyszne śniadania i bardzo tanie owoce morza oraz ryby, ganeshgarden.com.
  • Koniecznie trzeba zobaczyć parki narodowe. Niestety wejścia do nich nie są tanie, np. bilet do parku Udawalawe czy Minneriya to wydatek 24 dol od osoby plus 35 dol. za dżipa od grupy.
  • Nie dajcie się nabrać na wątpliwe atrakcje, jak. np. wizyta w fabryce drewnianych masek. Tam na pewno przepłacicie za rękodzieło. Nie płaćcie także za zdjęcia rybakom na bambusowych palach, których zobaczysz na południowym wybrzeżu, np. w okolicy Weligamy. To oszuści, wcale tak nie łowią ryb, na pale wchodzą gdy widzą nadchodzących turystów.

Categories: Sri Lanka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>