Włochy

6 kwietnia 2018

Sardynia. Obyś dożył stu lat!

Tagi: , , , ,

Sardyńczycy mają słońce, wino, święty spokój i żyją sto lat.

Labiryntem krętych, wąskich brukowanych uliczek docieram do centrum wioski Lollove w górzystym regionie Barbagia, gdzie mieszka najwięcej sardyńskich stulatków. Choć na wyspie jestem poza sezonem, pełno tu turystów, muzyki, stoisk z lokalnym jedzeniem. Drzwi do kamiennych domów pootwierane. Do każdego można wejść, skosztować wina, nalewek, serów, szynek, ciasteczek, kupić haftowane serwety czy poduszki i zatańczyć balli sardi – regionalne tańce w kręgu. Gwar jak w środku lata w niejednym kurorcie. Ale w Lollove tak jest tylko jesienią – w październiku i w listopadzie, kiedy w wioskach trwa Cortes Apertas, co można przetłumaczyć jako otwarte podwórka. Wówczas mieszkańcy pokazują, jak żyją.

Klątwa zakonnic

W Lollove jest ich już tylko 26. Ich życie w średniowiecznej wiosce nazywanej „miasteczkiem duchów” (podobnie jak kilka innych wyludniających się w Barbagii) niewiele się zmieniło od lat. Żyją spokojnie, z dnia na dzień, w domach z kamienia bez specjalnych wygód, czas umilają sobie pogawędkami z sąsiadami, spotkaniami z dziećmi i wnukami.

– Jest nas tak mało, że rozpoznajemy się po krokach – mówi mi Zia Maria Naoi, która skończyła 92 lata. Podczas Cortes Apertas gości oprowadza po domu, pokazując pożółkłe zdjęcia przodków, i częstuje pysznym domowym czerwonym winem. Opowiada też o klątwie, jaką w XVII w. na wioskę miały rzucić zakonnice z kościoła św. Magdaleny. Oburzone zachowaniem kilku sióstr, które od życia w czystości wolały nieprzyzwoite zabawy z pasterzami, przeklęły mieszkańców słowami: „Staniecie się jak morska woda, nigdy się nie rozwiniecie i nigdy nie umrzecie”.

W wiosce nie ma już ani jednego sklepu, nie ma szkoły, lekarza, nawet księdza nie ma na stałe. Ten przyjeżdża tutaj z Nuoro tylko w niedzielę, by odprawić mszę.

– W klątwę nie wierzę – przyznaje Giuseppina di Francesco, sąsiadka Zii. – My, Sardyńczycy, nie umieramy szybko, bo mamy zdrowe sezonowe jedzenie, czyste powietrze, ciężko pracujemy przez całe życie, a więc jesteśmy zahartowani. I dla nas najważniejsza jest rodzina. Tu jest twoja matka, tu jest twój dom. Doceniamy dziką przyrodę. Nasz początek i koniec wyznacza rytm natury – filozofuje.

Sardynia słynie z długowieczności, znalazła się nawet na liście Blue Zone, czyli pięciu miejsc na naszej planecie, gdzie ludzie żyją najdłużej i najzdrowiej. Naukowcy od lat zastanawiają się, jak to możliwe, że mieszkańcy wyspy osiągają tak sędziwy wiek i to w tak znakomitej kondycji. Trzy lata temu eksperci z uniwersytetu w Cagliari razem z brytyjskimi kolegami z Southampton przebadali Sardyńczyków w wieku od 66 do 90 lat pod kątem psychicznego samopoczucia. I orzekli, że życie na tej wyspie chroni przed depresją i gwarantuje szczęście. Tutejsi seniorzy są zdecydowanie dłużej aktywni fizycznie od innych Włochów i nie są spychani na margines, młodsze pokolenie ich szanuje,
stąd ich tak pozytywne nastawienie.

Sekret długowieczności wciąż jednak do końca nie jest znany. Rok temu świat obiegła informacja, że z banku genetycznego na Sardynii ktoś ukradł 14 tys. próbek z materiałem DNA stulatków. Dla mieszkańców sprawa była oczywista: to na zlecenie jakiegoś koncernu farmaceutycznego, który chce wyprodukować specyfik gwarantujący długie życie…

Popijając wino, objadając się suszoną szynką i serem pecorino oblanym miodem i siedząc w górach przed starą pasterską chatą, myślę, że znalazłem swój sposób na długie życie. A na pewno na szczęśliwsze. Do Valle di Lanaitho, doliny ukrytej pod Supramonte, najwyższym masywem sardyńskich gór, jechałem dżipem przez dzikie bezdroża. Zabrał mnie w to miejsce gospodarz Pasquale, który uchodzi za najlepszego rzeźnika na wyspie. Przez lata opiekował się starszym pasterzem Naneddu, który wypasając owce, spędzał w górach pół każdego roku. Dzisiaj pokazuje turystom, jak wyglądało życie przyjaciela. I organizuje drugie śniadania dla turystów.

Wielka uczta

– Na moich ucztach w górach była kiedyś Madonna i Claudia Schiffer, która była od niej przyjemniejsza – zauważa Pasquale.

Supramonte zna jak własną kieszeń – miał 13 lat, gdy zaczął pomagać ojcu wypasać owce, dlatego jest świetnym przewodnikiem. Idąc szlakiem, docieramy do głębokich i rozległych grot (w jednej z nich – Corbeddu – odnaleziono najstarsze na Sardynii ślady homo sapiens), podziwiamy stalaktyty i stalagmity, ukryte jeziora, a nawet kwarcowe plaże.

Po aktywnym przedpołudniu Pasquale zaprasza mnie do rodzinnego domu w miasteczku Oliena na obiad. To wielka uczta, którą przygotowała jego żona Patrizia. Stół ugina się od serów, wędlin, ręcznie wyrabianych makaronów, lokalnego chleba carasu, oliwy, zapiekanych w cieście cebulek, dziczyzny, miodów, owoców i uzależniających seadas – rozpływających się w ustach pierogów z kruchego ciasta wypełnionych serem i miodem. Ta wielka fiesta mogłaby pewnie trwać do nocy, gdyby nie o jeden kieliszek grappy za dużo…

Zresztą w każdym rejonie Sardynii musicie przygotować się na ucztowanie, choć sami Sardyńczycy na co dzień nie jedzą obficie (lekkie śniadania, w ciągu dnia dużo warzyw i owoców). Kiedy jednak mają gości, to co innego.

A gdy traficie do celebryty sardyńskiej kuchni Gianfranco Puliny, który miał być żołnierzem, ale od trzymania karabinu lepiej wychodziło mu trzymanie patelni, to spróbujecie owoców morza, lodów cebulowych i zmierzycie się z casu marzu, sardyńskim serem, w którym żyją larwy much. Brzmi to obrzydliwe, ale podjąłem wyzwanie i przekonałem się, jak dobry jest to ser – w smaku przypominający gorgonzolę.

Gdzie króluje dzikość

Tiziana Benet Pastore, miłośniczka słońca, plaży i zabiegów spa, która wynajęła mi pokój w swojej willi w Porto Rotondo (w pobliżu szmaragdowego wybrzeża, na którym odpoczywają najbogatsi z listy Forbesa), zdradziła mi pewne sekretne miejsce. Opowiedziała o vasca termale romana, dzikich termach rzymskich, które od ok. 2200 lat są na jednym z pastwisk po drodze do płaskowyżu Giara di Gesturi, gdzie żyją, ponoć ostatnie w Europie, dzikie konie.

O kamiennym basenie z ciepłą wodą lekko pachnącą siarką wiedzą tylko miejscowi. Przyjeżdżają tutaj na bezpłatne 15-minutowe kąpiele (przepisują im je nawet lekarze). Na polu nie jestem więc sam, muszę ustawić się w kolejce i poczekać na wejście do kameralnego basenu. Jeśli ktoś nie życzy sobie towarzystwa w kąpieli, każdy kolejkowicz to szanuje, umilając sobie oczekiwanie winem. Nikogo nie goni czas. Po wyjściu z wody jestem zrelaksowany i wyraźnie czuję, jak gładką mam skórę.

Giara di Gesturi zachwyci każdego. Nie przypuszczałem, że podglądanie dzikich koni wciągnie mnie na dobrych kilka godzin. Na płaskowyż prowadzi jedna droga, auto zostawiam na parkingu i wraz z przewodnikiem, hodowcą koni 56-letnim Giannim, który wygląda na 20 lat mniej, ruszamy na pieszą wycieczkę. To robi wrażenie: 43 ha dębów korkowych, ogromne granitowe i bazaltowe głazy rzucone tu i ówdzie, no i konie. Sardyńczycy mówią o nich cavallini, czyli koniki. Są niewysokie, wychudłe, niedożywione. Żyje ich tutaj ok. 500, a jeszcze 40 lat temu było dwa razy tyle. Skąd się wzięły? „Były tu od zawsze” – mówią Sardyńczycy.

Gianni prowadzi mnie do poideł, jakie z kolegami zamontowali dla zwierząt – czasami podrzucają im na płaskowyż siano. – Idź powoli i w ciszy, a podejdziemy bardzo blisko koników – instruuje mnie. Jeden mój fałszywy ruch i konie ruszyły z kopyta. Siadamy na kamieniach, Gianni wyjaśnia końskie zaloty. Trwają w maju, to walki między przywódcami stad. Czasami są to bardziej pokazy siły, ale zdarza się, że i prawdziwe starcia na śmierć i życie. Obok koni w parku żyje także kilkaset dzikich krów, lisy, dziki, wiele ptaków. Gianni prowadzi mnie na skraj płaskowyżu. Widać stąd gaje oliwne na wzgórzach i winnice. – A tam jest mój dom, ten z czerwonym dachem. Czekają w nim na mnie żona i dwoje dzieci. Przyjechała tu kiedyś z Mediolanu, żeby pojeździć konno, no i została na zawsze – mówi z dumą.

Z samochodu wyciąga sery, suszoną kiełbasę, chleb i wino. Urządzamy sobie piknik na antycznych skałach – wielkich płaskich kamieniach, które 2 tys. lat temu miały służyć jako stoły. Gianni mówi, że skończył studia, mógł pracować jako przewodnik w Rzymie. Wrócił jednak na Sardynię, bo woli mieć mniej pieniędzy, ale żyć szczęśliwiej i spokojniej. Kiedy żegnam się z nim, spiesząc się na lotnisko w Cagliari, i nerwowo spoglądam na zegarek, uśmiecha się i mówi: – Akent annos! – obyś dożył stu lat.

Informacje praktyczne:

Na Sardynii średnie roczne temperatury powietrza są dość wysokie – od 14 stopni w styczniu do 29 w sierpniu. Każdy moment jest dobry na podróż.

Leciałem linią Ryanair z Warszawy-Modlina do Cagliari. Za bilet kupiony w październiku zapłaciłem 520 zł, ryanair.com.

Po wyspie najwygodniej podróżuje się autem. Na lotnisku w Cagliari jest kilka wypożyczalni samochodów. Ceny zaczynają się od ok. 120 zł za dobę poza sezonem.

Najtaniej podróżować autostopem. Sardyńczycy chętnie przewiozą cię z miasta do miasta.

Są też autobusy linii Arst, kursują przez cały rok, jednak głównie między miastami, a więc nie dowiozą was w wiele dzikich miejsc, arst.sardegna.it.

Spałem m.in. w hotelu Golden Gate w Padru, u restauratora Gianfranco Puliny, oraz w niezwykle przytulnym Su Gologone, który został stworzony przez lokalnych artystów. Najlepiej czułem się w bed & breakfast u Tiziany w Porto Rotondo. Za noclegi płaciłem ok. 180 zł za noc (w sezonie ceny rosną kilkukrotnie).

Na stronie wakacjenasardynii.pl znajdziecie mnóstwo pomysłów na poznanie wyspy, wiele praktycznych porad, m.in. sprawdzone noclegi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *