Albania

25 lutego 2018

Albania. Na tropie ludzi z ogonami

Tagi: , , , , ,

Dowiedziałem się dość ciekawej rzeczy, a mianowicie że na południu Albanii są pewne społeczności, których członkowie mają ogony. Napisała o tym na portalu balkanistyka.org Joanna Lewińska, etnolog z wykształcenia. Otóż w XIX wieku tę dziwną informację rozpowszechniał między innymi Johann Georg von Hahn – ówczesny znawca albańskiej kultury, historii i tradycji. Ludzi z ogonami podzielił na dwie kategorie – posiadaczy ogonów przypominających kozie i tych, podobnych do końskich. Badacz przypisywał im też niesamowitą, nadludzką wręcz siłę i wytrwałość, zwłaszcza podczas długotrwałego marszu.

O Albańczykach z ogonami pisali i opowiadali także inni, ale każda z tych historii miała jeden feler. Ich autorzy nie spotkali nigdy Albańczyków z ogonami kozimi bądź końskimi. Opowieści o ludziach ze zwierzęcymi ogonami są więc tak niepełne jak historia z zegarkiem prezydenta George’a Busha.

Był pierwszym amerykańskim prezydentem, który odwiedził ten kraj po okresie komunizmu i Albańczycy przyjęli go nadzwyczaj ciepło, niemal owacyjnie. Podczas wizyty prezydenta w małej miejscowości FushëKruja, gdzie witał się z jej mieszkańcami, ktoś w tłumie zdjął mu z ręki zegarek. Tak przynajmniej donosiły media. Włoski dziennik „Corriere della Sera” pisał, że nikt z otoczenia Busha nie zgłosił kradzieży. Nie był to drogi zegarek – kosztował około pięćdziesięciu dolarów – ale miał wartość sentymentalną. Na kopercie wygrawerowany był napis: „George W. Bush, President, January 20, 2001”.

Na zdjęciach zrobionych po zakończeniu wizyty w Albanii, na których prezydent wsiada na pokład samolotu Air Force One, znów ma zegarek na ręce. Tłumaczono, że Timeksa nikt jednak nie ukradł, prezydent schował go po prostu do kieszeni. Na tym temat skończono. Albańczycy poczuli się jednak do żywego dotknięci oskarżeniem o kradzież.

– Pewnie długo będziemy żyć ze stereotypami, że tu kradną, oszukują, że nie ma prądu. A to nieprawda – zapewnia Elton Caushi, jeden z moich przewodników po Albanii.

Być może stereotypy zmienią turyści, których – paradoksalnie – właśnie te opowieści o zapuszczonym, postkomunistycznym kraju teraz do niego przyciągają. Albania w ostatnich latach przeżywa wręcz najazd turystów. Znajdują tu piękne plaże, dzikie góry, malownicze zabytki i pozostałości po komunizmie. Do odwiedzin zachęcają ich także niskie ceny i niezwykle smaczna i aromatyczna kuchnia.

Tak dobrej jagnięciny jak podana w małej knajpce w centrum Tirany nie jadłem nigdy wcześniej. Tak naprawdę, to w ogóle próbowałem wcześniej tego gatunku mięsa. Byłem w Albanii dotąd raz i w pamięci mam nie zabytki, nie przyrodę, a nawet nie słynne bunkry, które kazał budować ogarnięty manią prześladowczą były przywódca kraju Enver Hodża. Zostało mi wspomnienie zapachu jedzenia, który unosi się w całej stolicy Albanii. Woń ostrych przypraw, warzyw i pieczonego mięsa działa na zmysły i trudno nie skusić się na jakiś przysmak, na przykład na byrka. Ta lokalna przekąska sprzedawana w budkach na każdym skrzyżowaniu Tirany, robiona z francuskiego ciasta przekładanego szpinakiem i białym serem to raj dla podniebienia. I dla kieszeni, bo byrek kosztuje niecałe dwieście leków.

Dzisiejsza Albania nadrabia zapóźnienia po okresie komunizmu. Po ulicach jeżdżą prywatne samochody. Przez lata rządów Hodży posiadanie prywatnych samochodów było w kraju zabronione. Auta mogli mieć urzędnicy i nieliczni uprzywilejowani, choćby lekarze. Cała reszta korzystała z transportu publicznego. Zmieniło to się po upadku dawnego systemu, Albańczycy skwapliwie skorzystali z nowych praw i zaczęli masowo sprowadzać między innymi z Włoch i Niemiec używane auta. Nie wszystkie w idealnym stanie, więc jak grzyby po deszczu wyrastały warsztaty samochodowe; na niektórych ulicach jest ich nawet po kilka. Używane auta były dobre na początek, dzisiaj obok „beczek” jeżdżą także, niestety po kiepskich wciąż drogach, luksusowe hummery i porsche cayenne.

Tirana jest pełna kontrastów. Najczęściej rzuca się oczy podział na biedę i bogactwo. Obok zbitych, dosłownie z kilku desek ulicznych barów sprzedających byrki, powstają luksusowe restauracje i nocne kluby. Inny przykład. Kraj w 2009 roku otrzymał status kandydata do członkostwa w UE, ale Albańczycy nie do końca uporali się z nazewnictwem ulic. W stolicy kraju są dzielnice, w których domy nie mają adresów, a listonosze gubią się, roznosząc pocztę. Nazwy ulic zniknęły ze stolicy Albanii wraz z obaleniem komunistycznego reżimu w 1992 roku. Mieszkańcy Tirany po latach bezwzględnego podporządkowania dyktatorowi Enverowi Hodży postanowili wówczas zniszczyć to, co kojarzyło im się z minionym systemem. Pozrywali więc tabliczki z nazwami, które obowiązywały od II wojny światowej. Tymczasem miasto stawało się coraz większe. W ciągu pierwszych piętnastu lat stolica rozrosła się trzykrotnie. Powstawały całe dzielnice bezimiennych osiedli, ulic, którym nikt nie nadawał nazw. Wprawdzie w życie weszły przepisy regulujące nazwy, ale na listach i kartach pocztowych nadawcy wciąż dają wskazówki listonoszom. Dopisują na przykład: „szary budynek blisko placu Skanderbega” albo „zielony gmach naprzeciwko Sky Tower”. A gdy pytam przechodniów o ambasadę Polski, zamiast ulicy słyszę: „tuż przed budynkiem byłej ambasady Jugosławii”, „przy komisariacie policji nr 3”.

Prawdopodobnie bałagan z nazwami ulic to stan przejściowy i Albańczycy uporają się z tym wcześniej niż z dawnym mauzoleum Hodży, olbrzymią betonową piramidą, z której odpadają szklane elementy.

Potomkowie orła

Tak jak Polacy, również Albańczycy, opisując historię swojego narodu, odwołują się do orła. ale ich orzeł jest czarny i dwugłowy.

Otóż pewien dzielny młodzieniec wybrał się w góry na polowanie. Tam zobaczył krążącego nad głową ogromnego orła, z wężem w dziobie. Ptak wylądował na szczycie skały, gdzie miał swoje gniazdo. Po chwili orzeł znowu wzbił się ponad górę i odleciał. Zaciekawiony młodzieniec wspiął się po skale do gniazda i zobaczył tam małe orlątko, obok którego leżał wąż. Gad wyglądał na martwego, ale to były tylko pozory. Gad nagle poruszył się i pokazał swoje zęby gotowy ukąsić dziecko orła. Chłopak szybko wyjął łuk, strzały i naprawdę w ostatniej chwili zabił węża. Zabrał też z gniazda orlątko. Chwilę po tym zamieszaniu w gnieździe wróciła orlica i mocno się zdenerwowała, kiedy nie zastała swojego dziecka.

– Dlaczego porwałeś mojego syna – zawołała do młodzieńca z góry. – Uratowałem go przed jadowitym wężem, więc twój syn należy teraz do mnie – odpowiedział jej.

Orlica nie zamierzała się z tym pogodzić.

– Oddaj moje dziecko, a dam ci w nagrodę to, co mam najcenniejszego: bystry wzrok i siłę moich skrzydeł. Dzięki temu będziesz niezwyciężony – błagała orlica.

Młodzieniec – oczywiście – oddał jej dziecko, a ona obdarowała go bystrym wzrokiem i nadludzką siłą. Dzięki temu chłopak stał się szybko najsilniejszym w kraju mężczyzną, którego nikt nie mógł pokonać. Sprawiło to, że z czasem jego współplemieńcy obrali go królem i nazwali Shqipëtar, co znaczy ‘syn orła’. Jego królestwo stało się znane jako Shqipëria, co można tłumaczyć jako „kraj orłów”. Dziś oficjalna albańska nazwa kraju to „Republika e Shqipërisë”.

Dwugłowy orzeł w herbie Albanii pochodzi z pieczęci Skandenberga, narodowego bohatera Albanii z XV wieku, którego pomniki i inne dowody czci zobaczymy w całym kraju. Już w naszych czasach dodano nad orłem złoty rysunek „hełmu Skandenberga”, ozdobiony kozimi rogami. Według legendy są one pamiątką tego, że albański bohater wspinał się górach niczym kozica, urządzając zasadzki na wojska tureckie. Do dziś zachował się oryginalny herb Skanderberga; znajduje się obecnie w Wiedniu, a jego kopia w Kruji, gdzie mieści się największe w Albanii muzeum poświęcone narodowemu herosowi.

Fragment książki Cessanis na walizkach. Opowieści z pięciu stron świata

Możecie ją kupić na stronie empik.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *