Australia

27 sierpnia 2017

Australia. Droga do gwiazd

Tagi: , , ,

Pewien wieczór niedaleko miasteczka Esperance w Zachodniej Australii był naprawdę magiczny – po raz pierwszy w życiu patrzyłem na Drogę Mleczną! Postrzępione, czarne pasy i prześwitujące żółtawym blaskiem gwiazdy; odległe galaktyki, obłoki, mgławice. Brakuje mi słów i wiedzy z astronomii, nie umiem więc ich nazwać ani opisać. Wrażenie było wprost nieziemskie i – niestety – nieosiągalne dla mieszkańców europejskich miast; nawet niebo mamy zanieczyszczone światłami aglomeracji i dróg, przesłonięte chmurami smogu. A na australijskim niebie widziałem wyraźnie jak przez teleskop, setki, miliony, może i miliardy gwiazd.

W takich chwilach człowiek ma moc decydowania o różnych rzeczach – czasem nawet zmienia bieguny swojego życia. Przyznaję, że myślałem wtedy o emigracji do Australii. Powoli układałem sobie kolejne etapy życia, tak by na starość dołączyć do grey nomads – siwowłosych koczowników. Poznałem kilkoro spośród nich nad zatoką. Sześdziesięcioparo-, może siedemdziesięcioletni, starsi od moich rodziców. Reprezentanci pokolenia australijskiego wyżu demograficznego.

Dziś, będąc na zapracowanych przez większość życia emeryturach, po odchowaniu dzieci, po rozwodach, chorobach i innych przyjemnościach wkroczyli w kolejny etap swojego australijskiego życia i są największą, zorganizowaną grupą podróżników na tym kontynencie. Poruszają się w ogromnych kamperach, na które – tak na marginesie – zapotrzebowanie rośnie w ostatnich latach jak nigdy wcześniej. Jakby nastał szczyt sezonu na kupno samochodu lub przyczepy. Dla części nomadów seniorów bycie w drodze to sposób na spędzenie zimy, dla innych – długie i ciekawe niezwykle zwiedzanie kontynentu. Tygodniowy budżet w wysokości pięciuset dolarów może wystarczyć, bo paliwo w Australii jest tańsze od wody mineralnej. Oczywiście przy założeniu, jak dowiedziałem się przy ognisku, że pula na alkohol nie przekracza 10% ogólnej kwoty. W razie kłopotów obowiązuje plan B, zawsze przecież można dorobić na farmie gdzieś po drodze albo zwolnić tempo wydatków, przeczekując tydzień w buszu i nie szukając rozrywek na kolejnym kempingu.

Grey nomads przeżyli już swoje i wiedzą, jak sobie radzić i czego tak naprawdę jeszcze w życiu szukają. Mają swoje fora internetowe, gdzie wymieniają się informacjami o darmowych miejscach noclegowych, remontach dróg, wypadkach. Sprzedają tam i kupują kampery, zawierają znajomości na dalszą drogę, oferują swoją pracę w ramach wolontariatu. Przed zmierzchem wszyscy zmierzają do baz – na kempingi. Najpierw panuje tam ogólna krzątanina, przed zachodem słońca wszyscy załatwiają swoje codzienne sprawy, a wieczorami spotykają się przy ognisku, gdzie każdy pokazuje prywatną twarz.

Na początku jak w każdym niedotartym towarzystwie są rozmowy ogólne, o cenach benzyny, o fatalnej drodze, o suszy. Im głębiej w noc, tym bardziej atmosfera staje się łagodna, a kontakty bliższe. Rozpoczynają się tańce i śpiew, leje się alkohol.

– Połknąłeś bakcyla podróżowania, to masz go już do końca życia. Nie ma na to lekarstwa – tłumaczy mi swoją filozofię Tony Pembelton, emerytowany chemik, którego spotkałem na kempingu w zatoce Orleans. I dodaje, że gdyby przyszło mu wymienić najważniejsze powody, dla których ruszył w drogę, to w czołówce rankingu byłoby na pewno ognisko.

Tony przyjechał na kemping ogromnym fordem, takim ze wszelkimi wygodami: klimatyzacją, telewizją satelitarną, internetem, słowem: mój wymarzony środek do podróży. Wybrał się w drogę z żoną Christiną, byłą nauczycielką. Pochodzą z Perth; dom z rachunkami zostawili pod opieką syna. Opowiedzieli mi, że Christina walczy z chorobą nowotworową, przeszła chemię, dlatego nie sprzedali domu, wyruszając w podróż.

– W każdej chwili możemy zmienić miejsce pobytu i krajobraz. I to jest piękne. Ale nie możemy iść na całość. W każdym momencie, gdy pogorszy się mój stan zdrowia, musimy mieć możliwość powrotu do domu, do lekarza. Akurat teraz od nas samych zbyt wiele nie zależy. Taki czas, ale przyjdzie i inny – mówiła Christina.

Powiedziała też coś, co zostanie mi na zawsze w pamięci z tego wieczoru.

– Zapamiętaj: ludzie bardziej żałują tego, czego nie zrobili, niż to, co zrobili źle…

KLIKNIJ I PRZECZYTAJ MÓJ REPORTAŻ Z AUSTRALII ZACHODNIEJ

Miłosne perypetie zwierząt na niebie

Niebo było szczególnie ważne dla pierwszych mieszkańców Australii. Aborygeni, których nieprzerwana historia liczy 50–65 tysięcy lat, niebo i wirujące na nim planety mieli za księgę, a tę bardzo uważnie czytali. Patrzyli w górę, bo wierzyli, że gwiazdy to ludzie, którzy zginęli w czasie wielkiego potopu, a następnie zostali osadzeni na niebie. Ciał niebieskich używali też w bardzo praktycznych celach – gwiazdy wskazywały im czas, kiedy mogą szukać larw mrówek, żeby się najeść, dawały znak, że zaczyna się lato, trzeba zbudować z patyków i kory pułapki na ryby barramundi. Mówiły, że w maju i kwietniu, wśród roju gwiazd na niebie, pojawia się ptak emu, stworzony przez ciemne plamy na tle Drogi Mlecznej. Jego ukazanie się od zawsze było znakiem, że strusie łączą się w pary i lada moment będzie można rozpocząć zbieranie jaj.

Gwiazdy prowadziły ludzi bezkresną drogą i były jak księga: przypominały o historiach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Tak było od dziesiątek tysięcy lat aż do naszych czasów. Aborygeni nie używali pisma, ich cała wiedza o świecie – tym realnym i tym duchowym – była przekazywana ustnie i zapisana na niebie.

W wielu miejscach Australii krążyła opowieść o strusicy emu Wej i jej kochanku wombacie. Otóż Wej żyła w szczęśliwym związku z kotem Jooteechem. Pewnej nocy kot zostawił swoją żonę i poszedł polować na małe króliki, żaby i owady. Wtedy do jego emu przyszedł w odwiedziny wombat Wardu i uwiódł ją. Kochali się namiętnie aż w końcu Wej przegnała kochanka. Ten na koniec schadzki obsypał emu ochrą – pyłem z czerwonej skały.

Jooteech, który wrócił z polowania nad ranem, od razu zauważył, że coś się stało. Zapytał o ochrę. Wej kręciła, próbowała oszukać męża, że sama znalazła czerwoną skałę. Ale Jooteech nie dał się nabrać, zresztą na ziemi zauważył ślady Wardu. Postanowił ukarać ją za niewierność – rozpalił duże ognisko i wrzucił do niego Wej. Strzelające w górę płomienie tak ją poparzyły i poraniły, że Wej uniosła się w górę, mimo że zwykle nie lata, ponieważ ma małe skrzydła. Nie wróciła już stamtąd, została na niebie. Jej kochanek Wardu tęskni i wychodzi nocą ze swojej norki, by popatrzeć w górę i między gwiazdami szukać swojej Wej.

Bohaterami innej australijskiej opowieści również są zwierzęta: kruk Walik i kuna Bari Pari. Oboje postanowili, że zrobią pułapkę na ryby – samołówkę plecioną z kory, patyków i sitowia. Nie długo pozostała ona pusta, wnet wpadła w nią ryba barramundi imieniem Ballin, a później dały się złapać jeszcze inne. Kuny i kruka nie było w tym czasie w pobliżu. Skorzystali więc ludzie i inne zwierzęta, które przybyły nad brzeg zwabione krzykiem Ballina. Nikt mu nie pomógł wydostać się z pułapki. Przeciwnie, kiedy wszyscy zobaczyli, jak wiele ryb jest w samołówce, najpierw odtańczyli na plaży tańce, później przebili Balina włócznią i zjedli go. Pozostałe ryby też. Zrobili to, nie wiedząc, że Ballin jest krewniakiem kruka Walika. Kiedy ten wrócił i zobaczył co się stało, bardzo się zasmucił i rozgniewał. Postanowił wyprawić swojemu krewniakowi pogrzeb. Najpierw jednak kruk i kuna ruszyły w pogoń tymi, którzy zjedli ryby. Niestety, tamci byli silniejsi, więc Walik i Bari Pari wrócili i zajęli się pogrzebem. Zebrali z plaży ości Balina i włożyli je do wydrążonego pnia drzewa. Trumnę postawili pionowo, tak że dotykała ona nieba i płynącej po nim rzeki Milnguya, czyli Drogi Mlecznej. Kruk i kuna popatrzyli na siebie i postanowili przenieść się na niebo. Ich obozy widać na australijskim niebie przy drodze mlecznej. Ciemne pasma drogi są w oczach Aborygenów skrzydłami kruka gotowego do lotu. Widzą oni też w niektórych gwiazdach cętki kuny, a w innych trumnę, w której pochowane są ości Balina. A w rzece płynie jeszcze Ying, czyli wielki krokodyl. Największe i najjaśniejsze gwiazdy drogi mlecznej tworzą kontur jego grzbietu.

Lek na chrapanie

Aborygeni, a przynajmniej ci, którzy grają na didgeridoo, nie chrapią. Udowodniono to naukowo. W „British Medical Journal” opisano badanie, które wskazuje na wpływ nauki i praktyki gry na tym instrumencie na problemy z chrapaniem i – co się z tym wiąże – niedotlenieniem podczas snu. Wytłumaczenie jest proste. Otóż specyficzne dmuchanie w instrument, tak zwany oddech cyrkulacyjny (wydychanie powietrza przez usta przy jednoczesnym pobieraniu go przez nos), wzmacnia muskulaturę górnych dróg oddechowych, przez co zmniejsza się wibracja języczka oraz podniebienia miękkiego i w sypialni zapanowuje cisza. Być może jest to podpowiedź, jak rozwiązać problem chrapania. W Polsce jest co najmniej kilka miejsc, które uczą gry na didgeridoo. Niektórzy twierdzą, że to najstarszy instrument na świecie, ale gdzie indziej można przeczytać, że mieszkańcy Australii używają go od co najmniej 1500 lat. Warto też wiedzieć, że nazwa tej grubej, drewnianej rury nie pochodzi od Aborygenów. Oni nazywali instrument yirdaki, magu, kanbi lub ihambilbilg. Słowo didgeridoo nie jest natomiast naśladownictwem wydobywanego przez instrument dźwięku, ale pochodzi od irlandzkiego wyrażenia dudaire dubh, które oznacza ‘czarny trębacz’.

Dobrze wiedzieć

Australia Zachodnia

Podróżuj za darmo. W Perth, stolicy Australii Zachodniej nic nie zapłacisz za jazdę autobusami w centrum miasta, a dotrzesz nimi do największych atrakcji.

Poopalaj się na plaży Lucky Bay uznawanej za jedną z najpiękniejszych na świecie. Wypoczywają tam również kangury.

Śpij pod namiotem. Orleans Bay Caravan Park w Parku Narodowym Cape Le Grand niedaleko miasteczka Esperance jest nie tylko pięknie położony, ale i tani. Nocleg kosztuje dziesięć dolarów za osobę.

Ściągnijcie na telefon aplikację WikiCamps Australia. To wyszukiwarka kempingów – także tych bezpłatnych i mniej znanych.

Wspinaj się na drzewa. W Australii występuje 750 odmian eukaliptusów. Te gigantyczne różnobarwne drzewa zwane tu karri zobaczysz w Parku Narodowym Gloucester. Możesz także wspiąć się na nie. To darmowa atrakcja turystyczna!

Podróżuj kamperem. Po Australii najtaniej poruszać się grupą wynajętym lub kupionym (a na koniec podróży sprzedanym) mikrobusem albo kamperem. Cena za wypożyczenie na dwa tygodnie wynosi około pięciuset dolarów (a koszt ten można podzielić na cztery osoby). Sprawdzona wypożyczalnia ma stronę internetową: wickedcampers.com.au.

W zatoce Hamelin rezydują czarne płaszczki, które podpływają do brzegu całymi ławicami. Najwięcej spotkasz ich wczesnym rankiem bądź po południu, gdy rybacy wracają z połowów i wrzucają do oceanu resztki wypatroszonych ryb.

Fragment książki „Cessanis na walizkach. Opowieści z pięciu stron świata”

KLIKNIJ I PRZECZYTAJ MÓJ REPORTAŻ Z AUSTRALII ZACHODNIEJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *