Polska, Traveler

13 września 2015

Rikszą fyram* na Śródkę

Tagi: , , ,

Niełatwo rikszą pokonać bruk poznańskiej starówki. Dlatego *uciekam nią w miasto, by odkryć ulubione miejsca poznaniaków.

IMG_9745

Osiem tysięcy kilometrów tras pokonuje rocznie wytrawny cyklista Krzysztof Balcerek. Zanim jednak zabierze mnie na przejażdżkę po Poznaniu niezwykłą maluchorikszą, robi kilka okrążeń wokół ratusza, by sprawdzić, czy koła nie wpadną w szpary pomiędzy brukową kostką. Riksza, którą prowadzi, jest poznańskim hitem, chociaż gdy jej właściciel Piotr Błaszak wpadł na pomysł budowy pojazdu, nie przypuszczał, że będzie na nim zarabiał. – Sprawiało mi to frajdę, aż nagle zaczęli wydzwaniać ludzie ze zleceniami. A to na ślub, a to na wieczór kawalerski, czy nawet by podrzucić delikwenta z bukietem kwiatów do ukochanej, której złamał serce. W warsztacie powstaje już druga maluchoriksza, a być może i wyjedzie porsche na trzech kołach, bo tył od tego auta też Piotr już ma. Szczuny, jak w gwarze poznańskiej mówi się na chłopaków, zgromadzili więcej fragmentów starych pojazdów…

Przerwana cisza

Z tylnej kanapy malucha oglądam błyszczące w porannym słońcu kamieniczki na rynku. Zawieszam oko na kolorowych domkach po południowej stronie ratusza. Jedne wyższe, drugie niższe, szersze albo węższe, z urokliwymi podcieniami. To tzw. kamieniczki budników z XVI w., w których nieco ubożsi poznańscy kupcy handlowali rybami, solą, pochodniami i innymi przedmiotami codziennego użytku. Dziś jednak są tu knajpki i sklepy z pamiątkami. Krzysiek wiezie mnie na ul. Woźną, gdzie w domu pod „szóstką” mieści się Pracownia Lutnicza Niewczyk & Synowie. To nie tylko najstarsza pracownia lutnicza w Polsce (1885 r.), ale jedno z trzech najstarszych takich miejsc na świecie. Zapach drewna roznosi się po całym warsztacie, promienie słońca ledwo przebijają się przez witrynę, dlatego we wnętrzu panuje lekki półmrok. Na ścianach stare zdjęcia, dyplomy, pamiątki rodzinne.

IMG_9741

W gablotach kilka instrumentów. A przy drewnianym stole artysta lutnik Benedykt K. Niewczyk w ciszy pracuje nad kolejnym instrumentem. Tylko od czasu do czasu ciekawscy z ulicy zakłócają mu ten spokój, by tak jak ja, poznać historię tego miejsca. Lutnie budował pradziadek Niewczyka Franciszek, potem jego dziadek Stanisław i ojciec – Stefan. Dziś pan Benedykt w tajniki tej sztuki wprowadza syna Maksyma. Cześć dla dynastii Niewczyków – napisał podczas jednego z pobytów w Poznaniu Yehudi Menuhin, wielki skrzypek i dyrygent. Instrumenty kolejnych pokoleń, m.in. skrzypce z karteczkami: „Zbudował… Niewczyk” – z miejscem, datą i opisem, trafiają w najdalsze zakątki świata.

U Niewczyka powstają głównie skrzypce i gitary koncertowe z najwyższej półki. Do ich budowy mistrz używa drewna sezonowanego w rodzinie Niewczyków od ponad 90 lat! – Dzisiaj niestety wiele osób nie wie, kim jest lutnik – boleje nad tym Benedykt K. Niewczyk. I opowiada anegdotę, gdy do pracowni zadzwoniła kobieta, która chciała odebrać z naprawy gitarę kolegi. – Kiedy spytałem, co było do naprawy, odpowiedziała: chyba coś do zlutowania. Lutnictwo z lutowaniem nie ma jednak wiele wspólnego – przypomina mistrz i wraca do swojej pracy.

Przystanek na rogala

Zatrzymuję się przed domem przy Starym Rynku 41. To właśnie w tej 500-letniej kamienicy z oryginalnym drewnianym stropem z polichromią, malowidłami naściennymi, gotyckimi ścianami i łukami Szymon Walter i Tomasz Wawrzyniak otworzyli Rogalowe Muzeum Poznania. Nie tylko pokazują, jak powstaje tutejszy regionalny przysmak – nadziewany białym makiem rogal świętomarciński, ale opowiadają też o historii miasta i uczą poznańskiej gwary.

IMG_9729

– Jedna z legend mówi, że dawno, dawno temu rogala wyśnił poznański piekarz. Miał ujrzeć we śnie św. Marcina jadącego na koniu, podniósł zgubioną przez jego konia podkowę i postanowił, że będzie piekł ciasto w takim kształcie – opowiada Tomasz Wawrzyniak. Jest jednak i taka powiastka, że tradycja wypieku rogali na 11 listopada, a więc dzień św. Marcina, narodziła się w 1891 r. Wówczas proboszcz parafii św. Marcina, ks. Jan Lewicki, zaapelował ponoć do wiernych, aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. Obecny na mszy cukiernik Józef Melzer namówił swojego szefa, aby wskrzesić starą rogalową tradycję. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk, a biedni otrzymywali go za darmo.

– Dość opowieści, zakasuj rękawy i do roboty – uśmiecha się Szymon Walter. W fartuchu i kucharskiej czapie zabieram się więc do ugniatania półfrancuskiego ciasta pazurami, jak się mówi w Poznaniu. Potem pod okiem mistrza wykrawam trójkąty (każdy musi mieć rozmiar 10 na 30 cm), nadziewam białym makiem z bakaliami i biszkoptami, a następnie roluję. – Rogale muszą być fifne (zgrabne), tak żeby szczuny i mele (chłopaki i dziewczyny) chcieli na nie wydać ostatnie bejmy – instruuje. Rogal nie lubi pośpiechu, jego proces przygotowania zajmuje ponad sześć godzin. Na szczęście w muzeum pokaz trwa niecałą godzinę. A nagrodą za bycie pomocnikiem cukiernika jest widok z okien na koziołki
na ratuszowej wieży i degustacja rogali.

Nowe życie na Jeżycach

W samo południe, gdy poznańskie koziołki bodą się na oczach gapiów, uciekam rikszą w spokojniejsze miejsca. Najpierw do położonych na trakcie królewsko-cesarskim Jeżyc, najbardziej znanej dzielnicy Poznania przełomu XIX i XX w., w której powstał m.in. pierwszy poznański dworzec kolejowy. – Rozpędzamy się – uprzedza Krzysiek, wyjeżdżając z rynku. Mijamy plac Wolności z charakterystyczną fontanną w kształcie skrzydeł, poznańską operę i park Adama Mickiewicza nazwany teatralnym, jedno z ulubionych miejsc odpoczynku studentów.

IMG_9752

Secesyjne kamienice na Jeżycach, choć nadgryzione zębem czasu, przyciągają nie tylko miłośników architektury, ale też poznaniaków, którzy nadają osiedlu nowe życie. Zakładają pracownie dizajnerskie, małe galerie, kluby. Przyglądam się udekorowanym fasadom, bramom, witrażowym oknom na klatkach schodowych i zdobnym balustradom balkonów. A przy okazji zaglądam na najlepszą kawę w Poznaniu podawaną przez Agnieszkę Rojewską, polską mistrzynię baristkę, i Mateusza Gacę, który na kawie też się zna jak mało kto. – Czemu wybraliśmy Jeżyce? Lokal był w dobrej cenie – mówi mi Agnieszka. No tak, ta poznańska oszczędność, czy jak kto woli, gospodarność. W Brismanie serwują różne kawy. – Bo z kawą jest jak z sezonowymi warzywami. Pochodzi z różnych zbiorów – dodaje Mateusz. Ich klientami są głównie poznaniacy, choć zupełnie zmienia się to w weekendy. Na kawę do Brismana przyjeżdżają wtedy amatorzy z innych miast. – Do nas na świetną kawę, a na Śródkę na najlepsze w Poznaniu serniki – zachęca Agnieszka Rojewska.

Na słodycze (i to nie tylko te poznańskie) nie trzeba mnie długo namawiać. Podobnie jak na wizytę w najstarszej dzielnicy miasta. Przejeżdżam przez Ostrów Tumski – wyspę katedralną na Warcie, gdzie powstała pierwsza katedra chrześcijańska. To tam powołano w 968 r. pierwsze w Polsce biskupstwo. Dociera tu coraz więcej turystów szukających oddechu po wizycie na Starym Mieście. W interaktywnym centrum historii Ostrowa Tumskiego – Bramie Poznania, jednym z 7 nowych cudów Polski, chcą poznać początki państwa polskiego, a potem pospacerować uliczkami Śródki. No i skosztować wspomnianych serników.

IMG_9705

Ciasta wychodzą spod ręki Moniki Mądrej-Pawlak, która razem z mężem Janem w dawnym sklepie monopolowym założyła Café La Ruina. Bez doświadczenia gastronomicznego, za to z głowami pełnymi pomysłów, ogromną pasją do podróży i do przywożenia z nich nowych smaków, zapachów i dań stworzyli miejsce zupełnie niezwykłe. – Wszystkie serniki sama wypiekam, dziennie nawet po 14 – opowiada Monika. – To było istne szaleństwo. Pracowaliśmy w agencjach reklamowych, ale chcieliśmy mieć coś swojego. Myśleliśmy o miejscu, w którym sami będziemy się dobrze czuli. Przyjechaliśmy na Śródkę i uznaliśmy, że to jest to, chociaż nic nie gwarantowało sukcesu – dodaje Jan.

Niezłe kino

Był 2012 r., na dzielnicę mówiono jeszcze wtedy „kilerska”. Menele czaili się w bramach, a wielu starych lokatorów opuszczało mieszkania, gdyż nowi właściciele kamienic podnosili im czynsze. Tak też było ze sklepem monopolowym. – Zaryzykowaliśmy i nie żałujemy, chociaż znajomi dawali nam góra trzy miesiące – mówią. Tymczasem dziś pełno u nich gości i to nie tylko w Ruinie, ale też po sąsiedzku, w otwartym w ubiegłym roku Raju. W dawnej cukierni serwują przysmaki z różnych zakątków świata.

IMG_9701

Monika z Janem ich receptur pilnują jak oka w głowie, niczego nie przyrządzają z proszków i koncentratów, bo ma być zdrowo. Ale można też do nich wpaść na seans w najmniejszym kinie w Poznaniu (22 fotele). W dawnej cukierniczej sali produkcyjnej ze stuletnim piecem do wypieku ciast wyświetlają filmy niszowe, których próżno szukać
w multipleksach. I ta cena za bilet: 5 zł!

Mieszkam obok. Nie znam tych państwa. Ale wiem, że zrobili dla Śródki więcej niż wszystkie rewitalizacje miasta razem wzięte. Za to im Dzięki! – czytam komentarz na jednym z forów internetowych. Następnego dnia wracam na Śródkę. Znów mam smaka na sernik. Przepraszam poznaniaków, że nie na rogala.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *