Hongkong

10 lipca 2014

Witajcie w przyszłości

Tagi: , , ,

W Hongkongu pachnie nie tylko pieniędzmi i luksusem, lecz też odurzającymi kadzidłami, morzem, zupą z węża i… nadzieją.

Hongkong_dzonka3_edited

O pieniądzach mówi się tu na każdym kroku: w hotelowej windzie, w autobusie, u fryzjera. W świątyniach, u wróżów, do których miejscowi biznesmeni chadzają przed podpisaniem intratnych kontraktów, i w portowej dzielnicy czerwonych latarni, w której nie tylko chińskie prostytutki, jak ta z powieści Świat Suzie Wong Richarda Masona, ale też filipińskie gosposie – po godzinach – świadczą usługi seksualne Europejczykom.

Jak zostać milionerem?

Środa i niedziela to dla Hongkończyków dni, w których mogą zostać milionerami. Tuż po zmroku na tor wyścigów konnych Happy Valley w dzielnicy Wan Chai nadciąga morze ludzi. Każdy chce wygrać. Obok mnie stoją starsi panowie w kaszkietach, którzy uważnie studiują wyścigową gazetkę. Są też Chińczycy, grupy rozbawionych Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedni w szortach i tiszertach, drudzy w garniturach i pod krawatem. Pewnie wpadli prosto z biura urządzonego według zasad feng shui.

Z górnych trybun patrzą na nas członkowie ekskluzywnego Hong Kong Jokey Club. Zrzeszeni w nim miłośnicy wyścigów muszą zapłacić ponad 40 tys. euro wpisowego, a potem co miesiąc wpłacać ok. 800 euro. Przynależność do klubu daje nie tylko możliwość picia najlepszego szampana podczas wyścigów, ale przede wszystkim prestiż.

Hongkong_wyscigi8

 

Tymczasem wokół toru ścisk jak na sambodromie w Rio podczas karnawału. Są nawet brazylijskie tancerki w piórach, które w rytm samby zachęcają do gry o przyszłość. Poddaję się temu wariactwu i zaczynam obstawiać gonitwy. Niestety za każdym razem mój koń przybiega na metę jako drugi. Ech, trzeba było stawiać na Lucky Hammera, Superkinga Dragona albo Full of Funa.

Hongkong_wyscigi11

Mój przyjaciel Francis Cheng, 38-letni felietonista anglojęzycznych gazet w Hongkongu i menedżer lokalnych gwiazd estrady, od koni woli jackpota. – Co tydzień jest do wygrania od 2 do 10 mln euro, więc stawka jest warta ryzyka – przekonuje mnie. – A wyjście na wyścigi traktuję raczej jak doświadczenie socjologiczne. Lubię obserwować grających ludzi.

Z Francisem rozmawiam o dzisiejszym Hongkongu. – Dla mnie to miasto, do którego przyszłość już zapukała. Mamy najlepsze na świecie sklepy, metro i tanie taksówki. Tutaj podpisuje się kontrakty życia. I chociaż nie wszyscy Hongkończycy lubią przyjeżdżających na zakupy Chińczyków, to tylko dzięki nim nie mamy kryzysu. To oni, a nie Amerykanie czy Europejczycy wykupują większość towarów luksusowych – podkreśla. Dla niego to megamiasto niczego nie straciło 17 lat temu, gdy Brytyjczycy oddawali je Chinom, a dziś jest ich specjalnym regionem administracyjnym z własnym rządem i parlamentem (na zasadzie „jedno państwo dwa systemy”). – Wciąż się rozwija, jest aktywne, energetyczne i pełne możliwości – dodaje.

O potędze Hongkongu świadczą drapacze chmur. Nie raz podczas mojego pobytu patrzę na to miasto z góry, zachwycam się kolejnym wieżowcem zaprojektowanym przez słynnych architektów, jak siedziba banku HSBC projektu znanego na całym świecie Normana Fostera. Przy okazji dowiaduję się o aferze związanej z innym wysokościowcem, Bank of China Tower, znanym z serii gier SimCity. Otóż nie został on wybudowany według zasad feng shui, a więc nie zachowano tu tak ważnej dla Azjatów harmonii. Dziś nazywa się go tasakiem wycelowanym w konkurencyjny bank HSBC. Las wieżowców, a także prawdziwej zieleni – w Hongkongu aż 40 proc. terenu zajmują parki i rezerwaty przyrody – najlepiej oglądać ze Wzgórza Wiktorii – największego wzniesienia (552 m n.p.m.) w całej byłej brytyjskiej kolonii. Wyglądają tak, jakby w ogromny tort wbito tysiące świeczek, które po zmroku konkurują ze sobą na kolory.

Hongkong_wiezowce1

Zalesione wzgórza, na których słychać śpiew ptaków, odbijają się w szklanych wieżowcach. Panorama zachwyca także nocą, kiedy można ją podziwiać z najwyższego hotelu na świecie Ritz-Carlton, a dokładnie z należącego do niego nocnego klubu Ozon na ostatnim 118. piętrze budynku International Commerce Centre na półwyspie Koulun, po drugiej stronie Zatoki Wiktorii. Zawroty głowy murowane!

HongkongBar1

Między drapaczami chmur, sklepami Tiffany’ego, Chanel, Prady czy Yves’a Saint Laurenta oraz luksusowymi hotelami, jak Shangri-La czy słynny Peninsula, ustawiają się ze swoimi drewnianymi kramikami zegarmistrzowie i szewcy. Widziałem ich przed jednym ze sklepów Tiffany’ego, gdzie za pierścionek z brylantem w kształcie serduszka trzeba zapłacić równowartość ponad 30 tys. zł. Cena robi wrażenie na Europejczyku, ale na Chińczykach już nie. Stoją w kolejkach nawet kilka godzin przed otwarciem butików m.in. luksusowej hongkońskiej marki Shanghai Tang, w której sklepach, oferujących najmodniejsze fasony i kolory dla pań i panów, do zakupów zachęca uzależniający zapach perfum Ginger Flower.

Francis Cheng na luksusowe zakupy poleca jednak sklep Tang Tang Tang Tang przy Johnston Road 66 w dzielnicy Wan Chai. Założony przez Davida Tanga, pomysłodawcę wspomnianego Shanghai Tang, oferuje luksusowe gadżety do domu, jak chociażby maszynę do gotowania ryżu w oślepiającym żółtym kolorze czy kryształowe szklanki i jedwabne piżamki dla dzieci. Ceny mogą przyprawić o palpitacje serca, ale na szczęście w dzielnicy Wan Chai mnóstwo też sklepów na każdą kieszeń. A więc i ja mogę poszaleć.

Wróżba z patyczków

Taksówką uciekam do nieco spokojniejszego rejonu Sheung Wan nazywanego Chinatown Hongkongu, gdzie można kupić najróżniejsze roślinne specyfiki lecznicze i najdziwniejsze suszone ryby. Jednak ja chcę się spotkać z wróżbitą, który na podstawie liczb stawia horoskopy. Klientami mistrza Ho Hon-minga (a także wielu innych wróżów w całym Hongkongu) są głównie biznesmeni, którzy słuchają przepowiedni z bambusowych patyczków chim. W drodze do niego zamieniam kilka zdań z taksówkarzem, 50-letnim Walhonem Wongiem. Ten mąż i ojciec dwojga dzieci przyznaje, że zna mistrza i że jego przepowiednie zawsze się sprawdzają. – Zdarza mi się, że chodzę do niego przed zagraniem w lotto albo gdy mam problemy rodzinne. Sprawdza się to, co mówi – zapewnia.

Hongkong_swiatynia1

Mistrz Ho klientów przyjmuje przy świątyni Man Mo, która jest jednym z najstarszych i najważniejszych miejsc kultu w Hongkongu. Poświęcona Manowi – bogu urzędników, i Mo – bogu sztuk walki i wojny. Tutaj też Hongkończycy modlą się o fortunę. W tej niewielkiej świątyni zapach kadzideł niemal obezwładnia. Pod sufitem wiszą wielkie spirale, które palą się nawet przez kilka tygodni. Dymią też mniejsze kadzidełka powtykane
w naczynia z brązu.

Hongkong_mistrzHo5

Biorę w dłonie drewniane naczynie z patyczkami chim i nim potrząsam. Podnoszę pierwsze drewienko, które wypada, zapamiętuję liczbę i udaję się na spotkanie z wróżbitą. Przed wejściem plakat zachęca do wykupienia za 60 hongkońskich dolarów (ok. 25 zł) seansu. Ho jest specjalistą numerologii, stawia horoskopy szczęścia miesięczne, roczne, a nawet na 10 lat. A za 500 hongkońskich dolarów analizuje pięć chińskich żywiołów (drewno, ogień, ziemia, metal i woda). Podaję mistrzowi liczbę z patyczka i datę urodzenia. W chińskim horoskopie jestem koniem. Od Ho słyszę, że najważniejsza są: moja ciężka praca, wytrwałość i noszenie kolorowych ubrań. A fortuna i sława dopiero mnie spotkają. Może więc w roku konia (choć drewnianego) coś się zmieni?

Azjatycka wieża Babel

Pewnie to pytanie zadają też sobie mieszkańcy Chungking Mansions. W tej 17-piętrowej wieży Babel w sąsiedztwie Peninsuli, w dzielnicy Tsim Sha Tsui, żyją razem Hindusi, Pakistańczycy, Nigeryjczycy i ok. 120 innych narodowości. Nic więc dziwnego, że magazyn Time określił to miejsce mianem „najlepszego przykładu globalizacji” w Azji. To też ulubione miejsce backpa-ckerów, którzy mają tu do wyboru niezliczoną liczbę hosteli. Ale także socjologów i antropologów, jak dr Gordon Mathews z Chinese University of Hongkong, który od kilku lat bada tutejszą społeczność. Ocenia, że 20 proc. telefonów komórkowych używanych w czarnej Afryce przechodzi przez ręce mieszkających tu handlarzy. No cóż, dla nich to pewnie interes życia.

Hongkong_chunkin1

Francuzka Stephanie-Roselyne Rault, menedżerka klubu Ozon, swoje życie w Hongkongu też zaczynała od Chungking Mansions. – Miałam 22 lata, gdy przyjechałam do Hongkongu. W Chungking spędziłam pierwszą noc. Wiedziałam, że to fajne miejsce dla backpackerów, bo najtańsze. Gdy zobaczyłam mój pokój, chciałam natychmiast wracać do Europy, przepłakałam całą noc. Dzisiaj cieszę się, że tego nie zrobiłam – podkreśla.

Jednak wielu Hongkończyków, jak zauważa Stephanie, wstydzi się miejsca z filmu Chungking Express opowiadającego o wielkim mieście samotnych i nieszczęśliwych ludzi. Francis Cheng ma jednak inne zdanie: Ludzie z Hongkongu nie wstydzą się rzeczy i miejsc, które sprawiają, że zarabiają na tym pieniądze.

À propos nadziei na zrobienie interesu życia. Może w tym pomóc wizyta na targu złotych rybek (Goldfish Market) przy Tung Choi Street North w Mong Koku – najludniejszym miejscu na świecie, gdzie gęstość zaludnienia wynosi 130 tys. osób na km kw. Tutaj sklepy ze złotymi rybkami – małymi, dużymi, bardziej żółtymi lub pomarańczowymi – ciągną się przez kilka ulic.

Hongkong_zlotarybka1

Według wierzących w feng shui Chińczyków w każdym domu powinny być złote rybki, które przynoszą szczęście, spokój i urodę. Macie trzy życzenia?

Tekst ukazał się w National Geographic Traveler nr 6/2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *