Chiny

7 stycznia 2014

Pekin – instrukcja obsługi

Tagi: , , ,

Przygotujmy się na inną skalę wielkości niż ta, do której przywykliśmy w Europie. W Pekinie zdanie się na intuicję, wałęsanie się jak po uliczkach starej Lizbony czy Pragi nie sprawdzi się. Tu trzeba mieć plan i trzymać się go, żeby zwiedzić miasto w dwa dni.

pekin6

Nie dajcie się zwieść temu, że na mapie wasz hotel leży blisko jakiegoś punktu. Dotarcie tam na piechotę może się okazać karkołomne. I nie chodzi tylko o odległości (kilka czy nawet kilkanaście kilometrów, jak w naszym przypadku), ale też o przeszkody, które wyrastają po drodze. Ulice szerokie niczym rzeki, wielopiętrowe estakady, las 30-piętrowych wieżowców. Do tego całymi godzinami możemy nie spotkać nikogo, kto umiałby powiedzieć po angielsku więcej niż tylko „hello” i „love”. Na drogowskazy nie ma co liczyć, chyba że czytacie ze zrozumieniem chińskie znaki.

Najlepiej wsiąść do metra. I od razu przestawić się na… – inną skalę? To też. Żeby przejść z peronu na peron, często maszerowaliśmy kilkaset metrów, pokonując schody, zakręty i klaustrofobiczne korytarze, walcząc z napierającym tłumem. Chińczycy nie wchodzą do metra, oni je po prostu szturmują. Ci, którzy chcą wsiąść, nie czekają, aż inni wysiądą. Każde wolne miejsce jest natychmiast zajmowane. Jeśli więc chcecie podróżować pekińskim metrem, czyli mieć miejsce stojące w pociągu, zapomnijcie o kulturze Zachodu – przepraszaniu, uśmiechaniu się i ustępowaniu miejsca. A jak już zdołacie dostać się do wagonu, bądźcie pewni, że otrzymacie lekcję poglądową na temat najnowszego sprzętu elektronicznego. Nigdzie indziej – w Paryżu, Londynie czy Berlinie – nie widzieliśmy takiego nagromadzenia tabletów, smartfonów, iPodów. Niemal każdy młody Chińczyk coś trzymał w ręku, grał, oglądał, przewijał. Bo Pekin to nowoczesne miasto pod wieloma względami.

1. dzień

Zaczynamy tradycyjnie, od placu Tiananmen. Nam, ludziom Zachodu, kojarzy się przede wszystkim z krwawo stłumioną w 1989 r. demonstracją studentów. Dla Chińczyków ma jednak też inne znaczenie. To niemal sacrum. Nie wolno tutaj pluć, śmiecić i jeździć na rowerze. Są tu ważne dla nich budynki i miejsca: parlament, mauzoleum z Mao Zedongiem spoczywającym w kryształowej trumnie i muzea – Rewolucji Chińskiej i Historii Chin. Plac wziął nazwę od Bramy Niebiańskiego Spokoju – Tian an men. To ta brama z portretem Mao Zedonga, przed którą fotografują się niemal wszyscy turyści, również i my. Obraz waży bagatela 1,5 tony i nie jest jedynym egzemplarzem. Kopie zrobiono na wszelki wypadek, gdyby wizerunek Wielkiego Nauczyciela został uszkodzony przez wandali. Znaleźli się już bowiem śmiałkowie, którzy obrzucili portret jajkami i butelką z atramentem. Pięć lat temu pewien bezrobotny mężczyzna z Urumczi, niejaki Gu Haiou, próbował nawet podpalić wizerunek zmarłego wodza. Policja rzuciła się na niego w ciągu sekundy, obezwładniła i otoczyła kordonem.

Betonowo-asfaltowa pustynia, zdolna pomieścić milion osób, nie robi na nas specjalnego wrażenia. Nie kusi nas też, by zobaczyć Mao Zedonga, długa kolejka do mauzoleum działa odstraszająco. Poza tym, jak wyczytaliśmy, w trumnie leży ponoć nie Mao, lecz figura z wosku. Wietnamscy specjaliści, którzy balsamowali ciało, mieli przesadzić z użytymi środkami. Zwłoki spuchły, zostały uszkodzone i nie można ich było już pokazywać. Tę makabryczną historię powtarzają za sobą różne portale internetowe, jednak nie potwierdzają jej żadne oficjalne czy naukowe źródła. Bardziej wiarygodna jest za to informacja, że „wielki wódz i nauczyciel przewodniczący” pragnął zostać po śmierci skremowany.

Przez plac Tiananmen dochodzimy do Zakazanego Miasta. Od zawsze chcieliśmy je zobaczyć. A właściwie od momentu, kiedy obejrzeliśmy Ostatniego cesarza. Obsypany Oscarami film opowiada o losie cesarza Pu Yi, ostatniego z dynastii Qing panującej od 3 tys. lat. Kiedy Pu Yi miał trzy lata, monarchia stała się republiką i jego władza ograniczyła się do Zakazanego Miasta. Zwiewne jedwabie, stukot butów biegnących eunuchów, żółte dachówki… W filmie Bertolucciego każdy detal cesarskiej rezydencji wydaje się namacalny.

Na żywo Zakazane Miasto nie ma jednak dla nas takiego uroku. Idziemy od pawilonu do pawilonu, szukając miejsca, które by zachwyciło. Cóż, kiedy rzucają się w oczy pęknięcia w murach, wyblakłe kolory, oderwany z drzwi ozdobny gwóźdź. Kolejne pawilony i pałace, jedne podobne do drugich, ogołocone z rzeczy, które kiedyś znajdowały się na wyposażeniu.

Po trzech godzinach mamy dość. Zwłaszcza tłumów wycieczek. Wychodzą z każdego zakątka, włażą w kadr. Opuszczamy Zakazane Miasto, po czym bez większej ochoty wdrapujemy się na wzgórze w parku Jingshan. To sztuczna góra usypana z ziemi wydobytej z fosy otaczającej Zakazane Miasto. Miała za zadanie osłaniać siedzibę cesarzy od zimnych północnych wiatrów i chronić przed złymi duchami. Chińczycy wierzą, że te przybywają właśnie z tego kierunku. Ze szczytu Jingshan panorama Pekinu jest piaoliang, jak mówią mieszkańcy, czyli piękna. Stajemy na szczycie i oddychamy głębiej, spokojniej. Obejmujemy wzrokiem Zakazane Miasto. Nieprędko zapomnimy widok żółtych dachów cesarskich pałaców na tle błękitnego nieba. Zastanawiamy się, o jakiej porze tam wrócić, żeby nie było takiego tłoku.

Im dalej od bram pałacowych, tym tłum bardziej się przerzedza. Niebo przetarło się na dobre, co jest raczej niecodzienne w gnębionym przez smog Pekinie. Rowerami wziętymi z wypożyczalni tuż przy parku Jingshan jedziemy do części miasta zwanej Houhai. Centrum tej dzielnicy, ulubionej przez młodzież i turystów, stanowią trzy jeziora. W ich sąsiedztwie rozpościerają się najrozleglejsze bodaj w dzisiejszym Pekinie hutongi. To tradycyjne osiedla z domami mającymi mały wspólny dziedziniec. Pekińczycy mieszkali w ten sposób od XII w. Tuż po II wojnie światowej, czyli w czasach, kiedy Mao robił swoje porządki, w mieście istniało około 7 tys. hutongów. Dziś pozostała mniej niż jedna trzecia. Wiele wyburzono, by zrobić miejsce na wieżowce i szerokie ulice. Ostatnia wielka rozbiórka odbyła się przed kilku laty, kiedy Pekin szykował się do igrzysk olimpijskich. Na szczęście Chińczycy sami z siebie, a także pod wpływem krytyki ze świata zaczęli chronić i cenić stare osiedla. Na nas hutongi robią ogromne wrażenie. W jeziorach odbijają się kamienne mostki i wierzby płaczące. W plątaninie uliczek co krok natykamy się na przyjemną herbaciarnię, sklepiki z pamiątkami. Z dachów zwisają czerwone latarnie, czasem klatki z ptakami, gdzieniegdzie na parapetach stoją pudełka ze świerszczami. Jest jak być powinno – z orientalnym klimatem i tak, jak lubi przybysz z Zachodu – miło i przytulnie. Dopiero gdy zaczynają się zapalać lampy, spostrzegamy, że zapada zmrok. Jesteśmy głodni.

Kolację zjemy na ulicy Wangfujing, jednym z najbardziej znanych deptaków handlowych w Pekinie, a może i w całych Chinach. Między sklepami z kryształami Swarovskiego, rolexami, najnowszą kolekcją światowej sławy projektantów działają knajpki i restauracje. Szczególnie urozmaicony wybór jest na północnym krańcu ulicy. Grillowane skorpiony, larwy jedwabnika, rozgwiazdy, chińskie pierożki, ostrygi. Fotografujemy te cuda i zastanawiamy się, co przekąsić. Ośmiornicę, skorpiona na patyku? Widok prażonych koników morskich odbiera nam apetyt na egzotykę. Wybieramy szaszłyki z baraniny i kurczaka, a na prawdziwą kolację idziemy do restauracji z kaczką po pekińsku. No bo jak to? Być w Pekinie i jej nie spróbować? Najpierw dostajemy przekąski. Wśród nich są łapki kacze. Kelner pokazuje, że przysmakiem jest błona spinająca palce. Próbujemy. Smakuje jak niedogotowane warzywo w marynacie. Następnie podaje kaczkę i skraje z niej skórkę – cienkie plasterki, niemal przezroczyste. Są słodkawe, rozpływają się w ustach. Później jednak przychodzi rozczarowanie. Mięso jak mięso, bez rewelacji. Lepsza kaczka z jabłkami po polsku.

no images were found

2. dzień

Po śniadaniu zakupy. Rankiem pędzimy na Panjiayuan – największy w Azji pchli targ, po to by wczesnym popołudniem móc jeszcze wybrać się na Wielki Mur. Targowisko Panjiayuan to Chiny skondensowane na powierzchni kilku hektarów, z tysiącami sklepów, budek i towarów rozłożonych na kocach, gazetach albo oferowanych wprost z ręki. Wśród kupujących – turyści z całego świata. Wśród sprzedawców – przedstawiciele wszystkich 55 mniejszości narodowych z całych Chin. Biali Ujgurzy, Miao, Mandżurowie, Mongołowie, Koreańczycy, Tybetańczycy, Hani. Znajdziemy tam wszystko: maski z chińskiej opery, wachlarze, ceramikę z Tajwanu, rzeźby drewniane z Dongyang, pamiątki po rewolucji, kostiumy z Junnanu, hafty z Suzhou, posągi Buddy, jedwabne kurtki wyrabiane w Tybecie, filiżanki, kaligrafie, malowane ludzkie czaszki, wypchane psy, czapki Mao, regionalne stroje… Tu także musimy działać planowo, jeśli chcemy zaoszczędzić czas, bo przejście całego targu zajmuje dobrych kilka godzin.

Kupujemy budzik z czasów rewolucji kulturalnej, posążki Buddy i targujemy się o trzy porcelanowe figurki mandarynów. Sprzedawca, starszy Chińczyk, chce za nie 900 juanów. Negocjujemy. Co chwila wykrzykujemy tai gui le (taj głej la), czyli „za drogo”. Kręci głową, udaje, że chce zabrać mandarynów. W końcu obie strony zgadzają się na 200 juanów. Jedna czwarta ceny wywoławczej to dobra cena.

Metrem dostajemy się na dworzec północny. Przesiadamy się do pociągu jadącego do Badaling. Nareszcie nadszedł ten moment – jedziemy zobaczyć Wielki Mur. Rocznie odwiedza go prawie 10 mln osób, dwa razy więcej niż rzymskie Koloseum. W pobliżu Pekinu jest sześć fragmentów muru udostępnionych turystom. Znajomi polecali nam Jinshanling – często pokazywany na pocztówkach, wijący się wśród gór i nie tak oblegany. Niestety ma jeden feler. Od Pekinu dzieli go 125 km. Nie mamy tyle czasu, dlatego wybraliśmy Badaling. Chińczycy zawożą tam wszystkich swoich gości, m.in. prezydentów amerykańskich, łącznie z Obamą.

Już z odległości kilkuset metrów, które musimy pokonać od stacji kolejowej, mur robi piorunujące wrażenie. Jest ogromny, pnie się ostro pod górę, schodzi w dół, skręca. Błędniki nam głupieją, kiedy się na niego wspinamy, w głowach lekko wiruje. Pojawia się też lęk, jakiś dziwny strach, nogi mamy jak z waty. Ale musimy być silni. Bo jak mówił Mao Zedong, nie jest prawdziwym mężczyzną ten, kto nie wspiął się na Wielki Mur. I na pewno nie chodziło mu o to, by dostać się tam wyciągiem krzesełkowym albo śmigłowcem – bo tak też można.

Żadnego zwiedzania – orzekamy zgodnie wieczorem. Więc może opera? Nie jest to jednak najlepszy wybór dla nieprzyzwyczajonego do chińskich dźwięków i instrumentów ucha. W takim razie coś lżejszego – spektakl w Beijing Red Theatre. Od kilku sezonów program się nie zmienia, grana jest Legenda kung-fu. Widowisko opowiada o narodzinach tej sztuki walki – są śpiewy, popisy akrobatyczne, dużo światła, kolorów i efektów specjalnych. I do tego wzruszająca historia. Trochę kiczowate, ale urocze. Po takim wieczorze, kiedy przed oczyma wirują nam jeszcze światła, a w uszach brzmią bębny i trzepot wachlarzy, Pekin wydaje się wprost romantyczny. Staje się miastem, które da się ogarnąć.

Michał Cessanis, Andrzej Antosik

Traveler_1301_OkladkaTekst ukazał się „National Geographic Traveler”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *