Szwecja

12 kwietnia 2013

Szwedzka przygoda: Karlskrona

Tagi: , , , ,

Podobno Ci, którzy spróbują kiszonego śledzia, nigdy nie zapomną tego szwedzkiego przysmaku. Jest sprzedawany w walcowatych wydętych od gazu puszkach i zaleca się, by otwierać je tylko na zewnątrz. A to z powodu zapachu, który przypomina zgniłą rybę czy według innych – smrodu śmieci zostawionych na kilka dni na słońcu. Ale smak jest niezapomniany.

Śledzia odważyłem się spróbować dopiero za trzecim razem odwiedzając Karlskronę… Już po pierwszych krokach w Karlskronie widok ubranych kolorowo, uśmiechniętych i wypielęgnowanych Szwedów zachęca nie do zwiedzania, ale do zakupów. Ale szkoda na to czasu, te same marki znajdziemy w Polsce.

Nie sposób nie wejść do licznych sklepików z antykami i uroczymi przedmiotami do domu i ogrodu. Wśród rozmaitych pudełeczek, figurek, lusterek, świeczników i naczyń można przebierać bez końca. Cuchnący śledź w ogródku

To że Szwedzi kochają bibeloty można przekonać się spoglądając w okna ich domów. Szczególnie w dzielnicy Bjorkholmen, zabudowanej drewnianymi, małymi, kolorowymi domami. Dziś jest to jedno z bardziej eleganckich miejsc, a 200-300 lat temu mieszkali tu robotnicy portowi.

Domy są małe, bo budowano je ponoć z desek wynoszonych pod płaszczem przez robotników ze stoczni. Ciekawostką są także lusterka zamocowane u okien.

Służyły one rzekomo żonom marynarzy, które na wypadek intymnej sytuacji miały podgląd czy aby nie wraca mąż. Szwedzi cieszą się, gdy ktoś fotografuje ich ogródki. I zapraszają na posesje. Folke Olofsson dom w Bjorholmen odziedziczył po dziadkach. Mieszka w nim razem z żoną i dwojgiem dzieci. Z zawodu jest kucharzem. Siedząc w ogródku wypytuję go więc o kiszonego śledzia. – Chcesz go spróbować? To naprawdę wyjątkowy szwedzki przysmak. Nie wszyscy są w stanie wziąć go do ust – ostrzega Folke.

Na taras przynosi „napuchniętą” puszkę i wiaderko z wodą. Puszkę wkłada do wiadra, słychać charakterystyczne syknięcię otwieranego wieka, chwilę później w ogródku unosi się smród niemal zwalający z nóg.

– Gdybyśmy śledzia otworzyli w domu, musiałbym wietrzyć pokoje przez kilka dni – śmieje się Folke i podsuwa mi śledzia pod nos. Odór jest nie do wytrzymania. Folke wyjmuje kawałek ryby i podaje na chlebie. Wstrzymuję oddech i biorę to do ust. Śledź jest kwaskowaty i ma cytrynowy posmak. – Bo to śledź drugoroczny. Tegoroczny byłby bardziej słony – wyjaśnia Olofsson. Kiszony śledź wcale nie jest taki zły…

Niezdobyta twierdza

Karlskrona – miasto w południowej Szwecji malowniczo położone na 33 wyspach archipelagu Blekinge jest znakomitym miejscem na krótki, weekendowy wypad. Od brzegu po drugiej stronie Bałtyku dzieli nas zaledwie 260 km w linii prostej od Gdyni. Relaksująca podróż promem Stena Line trwa dziesięć godzin. To namiastka ekskluzywnych rejsów po ciepłych morzach.

Na promie jest restauracja, bar, nocny klub z dyskoteką i grą w Bingo, sklep, tarasy z leżakami… Do pełni szczęścia brakuje tylko basenu. Czas mija przyjemnie i szybko. Przed wejściem promu do portu polecam wyjęcie aparatów fotograficznych. Widoki są niezapomniane. Pojawiają się pierwsze skalne wysepki z malowniczymi domkami lub np. z wycelowanymi lufami armat ustawionych w fortach.

Karlskrona, czyli „Korona Karola” (następcy Karola X Gustawa, który zalał Polskę szwedzkim potopem) od zawsze była bowiem portem militarnym, broniącym dostępu do Szwecji przed Rosjanami i Duńczykami. Forty były tak skuteczne, że miasto nigdy nie zostało zdobyte. Mimo że zaczęło się ono otwierać dla zwiedzających niespełna 12 lat temu, to jednak przez wieki mieszkali i żyli w nim cywile, którzy musieli się przystosować do życia w koszarach.

Ostatnia rybaczka i lukrecjowe lody

Do dziś Karlskrona nie wyzbyła się charakteru portu wojennego i choć całe miasto wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, to niektóre z obiektów (np. stocznia produkująca dla wojska) są zamknięte przed turystami lub można je zwiedzać tylko w określonych godzinach i to z przewodnikiem.

Spacer po Karlskronie rozpoczynam zwykle od Targu Rybnego, skąd można wypłynąć w rejs po archipelagu. Jest też szansa odwiedzenia bezludnej wyspy – Stakholmen – jedynej niezamieszkałej w centrum miasta. Można dostać się na nią przez pływający most i z ławeczek stojących na skałach podziwiać panoramę Karlskrony czy ogródki działkowe, każdy z małym czerwonym domkiem z maciupkimi okiennicami. Na Targu Rybnym nie sprzedaje się już jednak ryb. Plac służy mieszkańcom do imprez i zabaw sylwestrowych. O dawnym przeznaczeniu miejsca przypomina jedynie Ostatnia Rybaczka – pomnik z brązu.

Z targu Rybnego blisko już do ścisłego centrum z ratuszem i największym w Skandynawii dwuhektarowym placem, na którym w każdy weekend odbywa się targ. W Karlskronie wszędzie jest z miejsca na miejsce kilka minut drogi. Położenie miasta na wyspach i wysepkach nie stanowi żadnego problemu. Można przemieszczać się jeśli nie groblą na rowerze, to promem. Tak podróżują uczniowie do szkół.

Mógłbym wiele pisać o ratuszu, wieży ciśnień, pomniku Karola XI, czy kościele św. Trójcy. Ale to wszystko można znaleźć w przewodniku. Zachęcę jednak do zjedzenia jednych z najlepszych w Szwecji lodów. Małą cukiernię łatwo na rynku odnaleźć, bo kolejka po smakołyki stoi tam przez cały dzień. A wybór smaków jest naprawdę imponujący: marcepanowe, piwne, bananowe, orzechowe, cafe late, miętowe, rabarbarowe czy lukrecjowe… W Karlskronie lodów nie sprzedaje się na kulki a właśnie na smaki. I trzeba uważać, bo zamówienie trzech smaków oznacza, że dostaniemy olbrzymią porcję lodów.

Pieniądze pod kapeluszem

Zwiedzając Karlskronę, nie można pominąć najstarszego budynku – drewnianego kościoła z modelem żaglowca wewnątrz. Przed świątynią stoi rzeźba przedstawiająca Matsa Rosenboma, najsłynniejszego mieszkańca miasta. Pracował kiedyś w stoczni, ale po chorobie zaniemógł. Żeby utrzymać rodzinę, musiał żebrać. Legenda mówi, że burmistrz Karlskrony pozwolił mu żebrać w określone dni, m.in. w Sylwestrową noc. Dziś pieniądze zostawiają mu pod kapeluszem turyści.

Kilka kroków od kościoła warto wypatrywać pomnika Nilsa Holgerssona, bohatera książki „Cudowna Podróż”. Wypatrywać, bo rzeźba jest naprawdę malutka. Jest to pomnik dla dzieci.

Mam w Karlskronie jeszcze jedno ulubione miejsce. To Muzeum Marynarki Wojennej na wyspie Stumholmen, w którym można spędzić wiele godzin. Być może dlatego że eksponaty opisane są także po polsku. W salach są ekspozycje poświęcone codziennemu życiu mieszkańców, oglądamy więc zajęcia rybaków, szkutników. Są kolekcje broni, map. W specjalnym tunelu można zobaczyć także to co jest pod wodą. Za każdym razem nie mogę oderwać wzroku od galionów. Wszystkie dziobowe figury są autentyczne. Te kilkumetrowej wysokości rzeźby pochodzą ze szwedzkich okrętów wojennych.

Na koniec dnia w Karlskronie jeszcze obiad w restauracji, która znajduje się w muzeum. Oczywiście ryby. Ale kiszonego śledzia w menu nie było…

[tb_google_map]

Michał Cessanis, „Rzeczpospolita”, 12.04.2013r.