Chiny

16 kwietnia 2012

Szanghaj z mojej bajki

Tagi: , , , , , ,

„Świat cały jest tylko błękitną wklęsłością chińskiej filiżanki” – pisał Witkacy. Ten cytat wyjątkowo trafnie określa Szanghaj. W tej gigantycznej metropolii jest to co amerykańskie, angielskie, francuskie, niemieckie i… chińskie. Starbucksy, fishmaki w McDonaldzie, butiki Cartiera, roleksy na wystawach, uliczni sprzedawcy żywych motyli, szaszłyki z żab i czerwone lampiony.W swojej historii Szanghaj zyskał już przydomek Paryża Orientu. Teraz ma szansę stać się stolicą świata. Prorokują mu to w najbliższym dwudziestopięcioleciu specjaliści z „Forbsa” i nie popadają w przesadę.

Obserwując tę dwudziestomilionową, rozświetloną i pnącą się coraz wyżej metropolię ma się czasem wrażenie, że między gigantycznymi wieżowcami Szanghaju i nad wielopoziomowymi skrzyżowaniami brak już tylko statków z „Gwiezdnych Wojen”…

Ogrom i nowoczesność Szanghaju zaskakuje już od samych progów. Z lotniska Pudong, skąd można dolecieć w każde niemal miejsce świata, do centrum miasta można się dostać maglevem – superszybką, magnetyczną koleją. 30-kilometrową trasę pokonałem nim w niewiele ponad 7 minut. Maglev mknie ponad 300 km/h. Bezszelestnie i bez wstrząsów. Po drodze pierwsze widoki miasta zza szyby – las betonowych, białych wieżowców i szerokie, zakorkowane ulice.

Kilka minut później, jadąc już taksówką do hotelu, dostrzegam kolejną rzecz, która wprawia mnie w naprawdę spory zachwyt. Niesamowicie ogromny, wiszący most z wysokimi wieżami i spiralnymi podjazdami. Niemal przyklejam się do szyby, żeby jeszcze więcej zobaczyć, Chińczyk z obojętną miną jedzie dalej… I co z tego, że to Nanpu Bridge – czwarty co do wielkości wiszący most na świecie, który łącznie z wiaduktami ciągnie się ponad 8 km. „Dla taksówkarza to codzienność. Pewnie tak jak i 35- piętrowy wieżowiec, w którym mieszka” – pomyślałem.

Perła Orientu

W zachwytach nad światową wystawą Expo w 2010 roku przeczytałem opinię, że postawiony na tę okoliczność chiński pawilon stanie się symbolem Szanghaju. Moim zdaniem, nie ma na to szans. Czerwony pawilon będzie ciekawą pamiątką po światowej wystawie i kolejną atrakcją miasta.

Szanghaj ma już swój symbol – wieżę telewizyjną Oriental Pearl. Równie dziwaczna i pokraczna jak „dama Paryża” Gustawa Eiffla, równie zmysłowo piękna i skupiająca na sobie uwagę. Szanghajską wieżę na wyspie Pudong zobaczyłem już pierwszego wieczoru. Mieniła się perłowymi światłami i była otoczona alejkami drzew obwieszonych lampkami grającymi fortepianową muzykę.

Podziwiałem ją następnego dnia z perspektywy Bundu, nabrzeżnej promenady, stojąc w tłumie Chinek, które osłaniały się przed palącym słońcem kolorowymi parasolkami. Patrzyłem na nią podczas rejsu statkiem po rzece Huangpu w blasku zachodzącego słońca. Zawsze wyjątkowo piękna. Choć, jak później usłyszałem od poznanego Chińczyka, szanghajczycy są bardziej dumni z pobliskiego wysmukłego Shanghai World Trade Center, trzeciego co do wielkości budynku na świecie (492 m) czy Tower Jin Mao (366 m).

Dla mnie jednak zdecydowanie wieża jest number one. Tak jak i oglądana z jej wysokości panorama miasta. Zwłaszcza wieczorem, kiedy Szanghaj jest rozświetlony bardziej niż Las Vegas a po rzece pływają obładowane turystami kolorowe statki. „Perła” nie ma sobie równych, przynajmniej tak będzie dopóty, dopóki w Szanghaju nie powstanie coś równie interesującego. A na to się zanosi. – Będziemy mieć kolejne wieżowce na Pudongu, zobacz – już się budują – pokazywała mi z dumą Chinka Jean, studentka anglistyki poznana podczas rejsu statkiem.

Będziemy Chińczykami

„Wszyscy kiedyś będziemy mówić po chińsku” – to znowu Witkacy. Myślałem o tym, spacerując po słynnym handlowym deptaku Nanjing Road wśród nieprawdopodobnego tłumu Chińczyków i cudzoziemców czy po wybrzeżu Bund „napakowanym” budynkami w stylu zachodnim. Włócząc się miedzy eleganckimi willami Koncesji Francuskiej, popijając kawę na ulicy Duolun w dzielnicy Hongkou, gdzie narodził się chiński komunizm, czy błądząc po uliczkach starego miasta Nanshin (Stare Miasto).

Szanghaj to zapierająca dech w piersiach różnorodność. Dwudziestomilionowa metropolia z apartamentowcami – gigantami i piętrowymi estakadami. Ale też miasto pełne wąskich uliczek, posklecanych drewniano-kamiennych domów z wystającymi na zewnątrz pordzewiałymi klimatyzatorami i prętami do suszenia bielizny. Tam miejscowi dentyści przyjmują pacjentów na drewnianych krzesłach w przybudówkach bez prądu, a kobiety piorą na tarkach. I Galerii handlowych z podróbkami najnowszych kolekcji. Do wyboru, do koloru.– You mei you Patek? – zagadnąłem Chińczyka w galerii handlowej Xiangyang. – Patek?..a wo you – odpowiedział podając mi całą szufladę tych szwajcarskich zegarków. Oczywiście podróbek. Kupiłem jeden za 60 juanów (ok. 30 zł). I chodzi do dziś.

Są też designerskie restauracje, a obok nich uliczne kramy, gdzie jedzenie sprzedaje się z plastikowych misek. Aleje z neonami światowych marek, a za rogiem targowiska zwierząt z kotami i psami w klatkach oraz robakami sprzedawanymi na sztuki. Urokliwe, czerwone lampiony i kiczowato oświetlone na różowo salony fryzjerskie i masażu, do których zaprasza obsługa z nastroszonymi fryzurami w kolorze kafei. I osnute dymem od kadzideł świątynie.

Szyk w pidżamie

W Szanghaju zatrzymałem się w hotelu z dala od turystycznego centrum metropolii. W miejscu, gdzie Chińczycy spacerują całymi dniami w pidżamach. Czystych, wyprasowanych, w kwiatuszki i do kompletu. Nie przypuszczałem, że zobaczę taki obrazek. Tym bardziej że przed Expo chińskie władze starały się oduczyć mieszkańców noszenia się po domowemu, tak jak i plucia na ulicach. Wydrukowano nawet ulotki z tym co wypada, a czego nie.

W sąsiedztwie hotelu miałem wszystko, co trzeba: naprzeciwko bank, obok restauracja, jedna, druga i kolejna, małe sklepiki, dwie cukiernie, a za rogiem stacja metra i Carrefour.– Hello – zaczepiali mnie młodzi fryzjerzy, kiedy rano i wieczorem przechodziłem koło ich zakładu. Nie dałem się skusić na strzyżenie i masaż za 20 zł. Spieszyłem się do pobliskich barów, by coś zjeść naprędce i w drogę. Za 3 zł pierożki gotowane na parze i nadziewane różnorakim mięsem lub zieleniną – pyszne. Za złotówkę, dwie – szaszłyki z tofu, mięsa. Kurczaki, wieprzowina przyprawiane na różne sposoby.

W Chinach nie sposób umrzeć z głodu. Przynajmniej w Szanghaju, gdzie jedzenie jest na każdym kroku. Niemal codziennie późnym wieczorem, kiedy restauracje były już pozamykane, jadłem w ulicznych barach. Oświetlonych często tylko wiszącą na kablu gołą żarówką. Gdzie za siedzenie służyły skrzynki po piwie lub małe, plastikowe stołeczki.Towarzyszyli mi zwykle Chińczycy – prawdopodobnie skończyli właśnie pracę. Młodzi zajęci byli grą na konsoletach albo rozmawiali nieprzerwanie. Starsi, zmęczeni, jedli powoli. – Ni shi naguoren ma? – zaczepiali mnie. Bolan (Polska), Bolanren (Polak) – odpowiadałem i niemal zawsze słyszałem przeciągłe „aaa…”. Nic więcej.

[tb_google_map]