Francja

25 lutego 2011

Kawa i bagietka w Paryżu

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

 

Szybki wypad do Paryża, który wciąż jest… paryski. Jak najbardziej! Może brzmi to nieprawdopodobnie, ale z Paryża uda się wyjechać bez plastikowej miniaturki wieży Eiffla. Ja pamiątkę z podróży kupiłem na „placu śmieci“ niedaleko stacji Oberkampf w XI dzielnicy, na jednym z wielu paryskich pchlich targów. Przebierałem wśród względnie tanich, prawdziwych cudów sprzed wieków: lamp, ubrań, naczyń. Większość tych rzeczy była autentyczna. Tak jak wciąż prawdziwy jest Paryż.

Zadziwiające, ale nawet 30 milionów turystów rocznie odwiedzających to miasto nie zdołało go dotąd „zadeptać“! I wciąż w tym tłumie da radę znaleźć miejsce tylko dla siebie, gdzie można poczuć klimat tego miasta – napić się wina, zjeść bagietkę z szynką i wspaniałym masłem, popijać kawę, spoglądając dyskretnie na szykowne paryżanki.

Dziecko patrzy na psa, a pies na kurczaki

Jeśli szuka się autentyzmu, radzę jednak omijać wieżę Eiffla, Pola Elizejskie czy okolice Luwru. Zwłaszcza jeśli ma być to krótki pobyt, np. wypad na weekend. Szkoda wówczas czasu na stanie w kolejce turystów. Paryż, chociażby taki jak w filmie „Amelia“, można odnaleźć gdzie indziej. Swoją drogą w tym ważnym dla Francuzów i lubianym na świecie filmie wszystko poza romantyczną historią jest autentyczne.

Na stacji metra Abbesses stoi fotoautomat, przed którym Amelia spotkała pierwszy raz Nino, u stóp Sacre Coeur na rue Trois Freres 56 stoi zielony warzywniak La Maison Collignon, na rue Lepic jest Café des 2 Moulins, a niedaleko stacji Coulaincourt sprzedawane są soczyste, pieczone kurczaki. – Dziecko patrzy na psa, a pies na kurczaki – mówiła Amelia niewidomemu, którego prowadziła do metra Lamarck Caulaincourt. To jest moja ulubiona scena i ulubiony cytat z tego filmu…

Pocztówka do Mme Fernandez

Zatrzymałem się w Paryżu w XI dzielnicy w małym hoteliku des Arts Bastille. Pokoik na poddaszu był niemalże jak z piosenki Edith Piaf o parze kochanków, którzy wynajęli łóżko na godziny. Cena 110 euro za dwie noce (rezerwacja dwa miesiące wcześniej) i znakomita lokalizacja (blisko metra, kilkaset metrów od Cmentarza Pere- -Lachaise, krótki spacer do placu Bastylii) wynagrodziły mi wszelkie niewygody. A w bliskim sąsiedztwie jest mnóstwo miejsc, gdzie można wypić poranną kawę i zjeść smaczną bagietkę (za ok. 2 euro).

Nie przeszkadzało mi też sąsiedztwo ciemnoskórych obcokrajowców, przed którymi ostrzega Internet. XI dzielnica jest bowiem w ostatnich latach niemalże skolonizowana przez nich, a paryżanie uważają to miejsce za gorsze do zamieszkania, gdyż numer dzielnicy to prestiż. Kebaby, „chińczyki“ i tym podobne miejsca „nowych“ paryżan na szczęście nie wyparły typowo francuskich małych kafejek i restauracji.

Pozostały choćby bardzo francuski targ staroci i sklepy z antykami na rue du Marché Popincourt, nieopodal stacji metra Oberkampf. To miejsce specjalizuje się w przedmiotach i ubraniach z lat 50. – 70. Jest też sporo dobrze zachowanych, znacznie starszych rzeczy, i to w rozsądnej cenie.

Po kilku godzinach oglądania i przebierania w pudłach wybrałem egzemplarz „Le Petit Journal“ z 1892 roku za 10 euro, kartę z widokiem Lasku Bulońskiego adresowaną do madame Marie Fernandez wysłaną 9 września 1902 roku (2 euro), cukiernicę i sosjerkę z bliżej nieokreślonego okresu po 10 euro za sztukę.

Brocantes, czyli targ staroci, kafejki, boulangerie i patisserie, legendarny Pere-Lachaise (radzę zwrócić uwagę na stojący przed cmentarzem barak, w którym można postawić sobie tarota na miłość, pieniądze czy życie) nie pozwolą, by ta dzielnica zmieniła swój paryski charakter.To miejsce pozostanie tym, czym jest, także ze względu na bliskość najbardziej paryskiego z paryskich zabytków – katedry Notre Dame, miejskiego ratusza czy rue de Rivoli, ciągnącej się wzdłuż Sekwany przez ok. 3 km. Ulica została wybudowana na życzenie Napoleona, niemal od początku zapełniona była kafejkami oraz sklepami, i taką pozostała.

Wieży Eiffla i tak nie ominiesz

Na krótki wypad do Paryża polecam Montmartre. Chociażby dlatego, że z tego najwyższego wzgórza w Paryżu, na którym stoi bazylika Sacre Coeur, roztacza się malowniczy widok na większą część miasta. Dopiero stąd widać, jak jest ogromne. Jak na wyciągnięcie ręki są choćby wieża Eiffla i Luwr.

Sama bazylika, zbudowana z białego wapienia, jest zresztą widoczna z wielu punktów Paryża. Jej charakterystyczne kopuły wyłaniają się nieoczekiwanie zza budynków podczas spaceru uliczkami Montmartre. Widać je pięknie na rue des Saules, górujące nad jedyną bodaj, a w każdym razie najbardziej znaną, paryską winnicą Clos Montmartre.

Została ona założona w 1933 roku przez merostwo Paryża na zboczu, które w XVII wieku było posiadłością madame Gabrielle d’Estres, metresy króla Henryka IV.Winnica jest najprawdziwsza, rocznie produkuje się tu blisko 1500 butelek wina, które później jest sprzedawane po ok. 45 euro na aukcji charytatywnej. Z roku na rok jest to ponoć coraz lepsze wino. Inne niż to, z którego słynął Montmartre w XVII wieku, kiedy był podparyską wioską dostarczającą paryżanom mąki i wina.

W owych czasach pokpiwano z trunku pochodzącego z tej miejscowości. Paryżanie zaśmiewali się, że skacze się po nim jak koza i – oględnie mówiąc – jest to sikacz.Winnicy nie można zwiedzać, jest otwarta dla publiczności w pierwszą niedzielę października podczas jesiennych dożynek. Widać ją jednak dobrze zza okalającej ją siatki. Warto się wybrać tam także ze względu na sąsiedztwo.

U stóp winnicy są dwa urocze, pomalowane na pastelowe kolory domki. Pierwszy z nich to Maison Rose, gdzie dziś mieści się restauracja. Rozsławił go słynny malarz widoków Paryża Maurice Utrillo.Zresztą budynek oddał też przysługę malarzowi. Utrillo, nieślubny syn artystki Suzanne Valadon, modelki m.in. Renoira, który ponoć zadziwiał światek Montmartre swoim alkoholizmem, stał się sławny dzięki obrazowi „La petite maison rose“.

Drugą legendą tej okolicy jest stojący naprzeciwko różowego domu nie mniej kolorowy, porośnięty bluszczem kabaret Au Lapin Agile, miejsce wymieniane przez Barbarę Shutz w bestsellerze „1000 rzeczy, które trzeba zobaczyć w życiu“.Jego początki sięgają połowy XIX wieku. Wówczas miejsce to nazywało się Spotkaniem Złodziei. Z czasem prosta karczma przerodziła się w prawdziwą świątynię sztuki, w której biesiadowali sami wielcy, a wśród nich Apollinaire, Max Jacob, Marcel Proust, Renoir, Utrillo, Braque, Modigliani, Picasso. Dziś Au Lapin Agile, którego ciekawi byli nawet Rudolf Valentino i Charlie Chaplin, oferuje wieczorami show za 24 euro (dla studentów i osób poniżej 26 lat – 17 euro).

Na tym uroki tej historycznej 18. dzielnicy miasta się nie kończą. Godzinami można spacerować między starymi kamienicami, ciągnącymi się wzdłuż krętych, brukowanych uliczek i wąskich przejść ze schodami. Po drodze będziemy mijać wiele miejsc z bogatą, przemawiającą do wyobraźni historią. Na rue Lepic mieszkał np. Vincent van Gogh, w kamienicy Le Bateau-Lavoir pomieszkiwali artyści związani z Pablem Picassem, a na rue d’Orchampt miała swoje mieszkanie Dalida. No i blisko od wzgórza Montmartre lub – jak kto woli – w drodze do niego jest słynny plac Pigalle i Moulin Rouge…

Michał Cessanis, Życie Warszawy, data publikacji: 25.02.2011

[tb_google_map]